Poranki. Poranki. Uwielbiam poranki, dopóki wszystko idzie gładko. I często idzie. Teraz jednak mamy za sobą kilka poranków z pojękiwaniem i popłakiwaniem Starszego, że nie chce iść do przedszkola. Dlaczego? Po dwudniowej akceptacji uczuć i zgadywaniu, o co chodzi – Starszy nie mówi wcale, a jak mówi, to dookoła – okazało się, że się boi, że go nie znajdziemy w przedszkolu. Są ferie i w przedszkolu łączą grupy. To lęk właściwy w jego wieku, o ile wiem. Udało się go wyciszyć. Po rozmowach, przytulaniu, zapewnieniach, że zawsze i wszędzie go znajdę, masowaniu dla odstresowania. Uff… Chyba żaden rodzic nie może patrzeć, gdy jego dziecko zwija się ze stresu. Teraz za to napawam się jego zrelaksowaniem.
No, ale do spokoju daleko. Mam przecież dwoje dzieci. Coś się musi dziać 😉

Rano spuchłam z dumy, że skutecznie zachęciłam Starszego do odniesienia pidżamy do łóżka:“Chciałabym, żebyś odnosił swoją pidżamę do łóżka, nie musiałabym jej szukać po całym domu przy ścieleniu”.Synek bez wahania wziął pidżamę i odniósł do pokoju na łóżko. Stałam przy stole w kuchni dumna jak paw, że taki piękny komunikat wystosowałam. I tu się zwykle piękno kończy. Też tak macie, że kiedy osiągnięcie super zadowolenie, coś się od razu sypnie? Ja tak mam.

Poranny uodparniający napój Młodszego nietknięty. Dżem na całej buzi, rękach, kolanach i krześle. Spoko. Hasło z audiobooka mam w obwodzie. Jego wycieram od razu. Wszystko inne też zetrę. Młodszy jednak przenosi się na kanapę w dużym i zamiast ubierać się do przedszkola z uśmiechem pt. “nic mnie nie zmusi, żebym się ubierał” turla się po kanapie. Zachęcam do współpracy: “Spieszymy się na autobus, chcę, żebyś się ubierał.”
Nic.
“Czekam z bluzą” – mówię z bluzą w rękach.
Nic. Ale, ale, jakie nic. Ten uśmieszek wydaje mi się coraz cwańszy.
“Jest bardzo późno. W tej chwili powinniśmy już ubierać buty.”
Powstrzymuję się od zwrócenia uwagi, że brat już jest pod drzwiami w butach, żeby nie nastawiać braci przeciwko sobie.
Uff… Uniknęłam jednego błędu, lecz czuję, że tracę argumenty.
“Chcesz sam ubrać bluzę?”
Synek stoi i nadal się uśmiecha. Za moment zmienia zdanie i kładzie się z nie schodzącym z twarzy uśmiechem na kanapie. Wypina pupę do góry i nią rusza.
Tego już dla mnie za dużo. Pupa śmieje mi się w twarz. Ambicja bierze górę i …
Nerwy mi puszczają i rzucam bluzką i słowa: “Rób, co chcesz, nie będę na Ciebie czekać”
Wychodzę z pokoju na przedpokój. Rozsądek wygrywa z merdającą przed oczami pupą i uśmiechem, który doprowadza mnie do szału.
Wracam.
“Chciałabyś się teraz jeszcze pobawić, prawda?” Identyfikuję nareszcie potrzebę.
Synek ochoczo przytakuje. Uśmiech znika. Uff…
“Wiem, że chciałbyś się pobawić, jednak dzisiaj trzeba iść jeszcze do przedszkolka. Dziś ostatni dzień. Jutro już wolne.”
Młodszy daje się ubrać. Bez słowa, bez uśmieszku. Wychodzimy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *