Właśnie na ile? Życie zadało mi to pytanie ostatnio w dość odczuwalny sposób. Zanim opowiem historię krótki wstęp o mnie.

Jestem osobą z małego miasta. Byłam wychowywana, by mówić wszystkim grzecznie “dzień dobry”, o co zdarzyło mi się mieć pretensje, szczególnie do mamy (mamo wybacz). Dorastałam z kolegami i koleżankami, którzy świetnie znali zasady savoir-vivre. Zobaczyłam to dopiero po latach, ponieważ traktowałam to jako normalną serdeczność i koleżeńskość, szacunek do siebie nawzajem. W sumie teraz mnie zastanawia skąd i jak to możliwe, że tak cudownie trafiłam. Moi znajomi byli otwarci, ciepli, serdeczni, zawsze uśmiechnięci i pozytywnie zakręceni. I wiecie, zero przesady w tym, po prostu tacy byliśmy.

Kiedy przyjechałam na studia do dużego miasta, pierwsze informacje o mnie i do mnie były: “Ooo Ty pewnie jesteś z X, bo tam są zajebiści ludzie”. Pytałam: “Tak? Po czym to poznajesz?” Odpowiedzi padały: “Bo z daleka rozpoznajesz ludzi i się z nimi witasz”. Inne – pożyczasz notatki.

To fakt. Tak było. Z wiekiem życie i sytuacje lekko mnie wyhamowały. Nadal jednak uważam, że przywitać się z kimś i zamienić jedno, dwa zdania – gdy widać, że ktoś ma ochotę – to takie naturalne, ludzkie, dobrosąsiedzkie.

W ogóle pisałam już o tym, że Tato mój – świętej pamięci – nauczył mnie tego swoim przykładem. W młodszych latach miałam to nieuświadomione, lecz teraz dotarł do mnie bardzo wyraźnie obraz Taty, który wita się serdecznie uściskiem dłoni na ulicy ze znajomymi i rozmawia kilka zdań pozytywnie i z lekkością wirtuoza small talku. Tak! Musiałam to napisać. Small talku! Mój tato tego słowa nawet nie znał, a jego zachowanie właśnie o tym świadczyło. Witał się często w przelocie. Najczęściej z uśmiechem. Obowiązkowo uścisk dłoni czy ukłon głowy do pań i – za każdym razem inne – jakby skrojone do napotkanej osoby – czyli szczere (sic!) – “co słychać?”
Tato dziękuję za ten przykład i kocham, kocham, kocham <3

A teraz do meritum. Wybrałam się w celach prywatnych do innego dużego miasta i pomieszkiwałam u młodszych ode mnie właścicieli kawiarni. Nie zostałam ani przywitana, ani przedstawiona. Zmieszało mnie na początku minimalnie. Zapytałam więc osobę, u której tam byłam i z powodu której tam byłam, dlaczego. Uzyskałam odpowiedź, że oni cenią sobie prywatność.

Przyjęłam tę odpowiedź. Staram się każdego dnia być bardziej asertywna – szanować, że ludzie mają inne osobiste granice i zwyczaje. Może rzeczywiście powinnam uszanować, że się ze mną nie witają. Jednak zaczęłam drążyć, bo coś mi nie grało.

Rozmawiam wszędzie. Na osiedlu, w sklepach, na placach zabaw, zaczepiają mnie dzieci i psy, więc z rodzicami i właścicielami. Oczywiście bez zwierzeń i nie ze wszystkimi. Zdarza mi się po prostu “nie mieć dnia”. Pomachać tylko komuś. Uśmiechnąć się. Wszystko zależy od sytuacji. Naturalne jest dla mnie – teraz kiedy prowadzę bloga i warsztaty – że nieznajomi mnie zaczepiają. To sympatyczne. Pytają, czy jestem JakMówić – bo często nie pamiętają mojego nazwiska. Śmieję się wtedy i przedstawiam – “Tak, JakMówić, lecz po prostu Aśka.”

Tutaj zaczęłam więc analizować. Osoba, do której przyjechałam nie ma wyższego wykształcenia, a podkreślała, że właściciele mają i sobie to cenią. Nasunęło mi to przypuszczenie, że może myślą, że jestem bez wykształcenia i mnie z tego powodu wykluczyli. Zdziwiła mnie ta możliwość, ponieważ zwykle poznaje się człowieka dla człowieka. O wykształcenie nie pyta wcale lub w dużo dalszej rozmowie i to jeszcze w odpowiednim kontekście. Uznałam, że to kiepski trop.

Wymyśliłam inny – nadal niekorzystny dla siebie. Jednak dbam, by mi woda sodowa czy inne fajerwerki do głowy nie uderzyły, więc trzeba było wziąć go na klatę. Ałła. Myślę sama do siebie: “Jesteś zapraszana do szkół, przedszkoli, firm, różnych placówek – przyzwyczaiłaś się do określonego sposobu traktowania – może po prostu za dużo oczekujesz? Może oczekujesz jakiegoś specjalnego traktowania? Jesteś zwykłą kobietą, podróżującą prywatnie. Czas spokornieć. Może o taką lekcję tutaj w Twoim życiu chodzi?”
Przyjęłam to na moment, lecz mój umysł analityczny wypluł taką scenę. Idziemy w górach albo zajeżdżamy na kwatery w wakacje i jestem anonimowa. Ludzie witają się, przedstawiają. Jedni wylewniej, drudzy mniej. Jedni interesowniej, drudzy szczerze, ale do jasnej – robią to! Zatem pudło.

Wracając do pobytu. Nadarzyła się wkrótce okazja, więc sama podeszłam do właścicieli i się przedstawiłam. Chęci do small talku zero. Kontynuowania rozmowy, poznania mnie – zero.
Ok. Trudno. Znów o życiowej lekcji pokory pomyślałam w kontekście tym razem – “Stara jesteś, to młodzi ludzie są, nie pasujesz”. No, ale jak to? Wszystkie doświadczenia życiowe pokazują coś zupełnie przeciwnego. “Jesteś po 40., wyglądasz młodziej – choć to też raczej bez znaczenia. Znajomych masz i starszych, ale też dużo młodszych. Na warsztatach młodsi rodzice do Ciebie garną, z 10 lat młodszym towarzystwem brata piwo piłaś i Cię wołali na pogaduchy.” Zatem ten trop też odpada.

Poszłam z pytaniem do osoby, do której przyjechałam.
– “Słuchaj, było kilka okazji do przedstawienia mnie, a tak się nie stało. Dlaczego?”
– “Wiesz, oni sobie bardzo cenią prywatność, a ja to również bardzo szanuję”
Zong. Moja szczęka chyba spadła z piętra kamienicy na bruk. Po chwili wyartykułowałam:
– “Ale to oni gwiazdami muzyki są typu Metallica czy hollywoodzkimi sławami, że tak sobie prywatność cenią, że się komuś za kilka pobytów przedstawić i przywitać nie mogą?!” Zapytałam, łapiąc się tego argumentu jak tonący brzytwy. Dalszej rozmowy nie było. Zatem ze smutkiem skonstatowałam: “Dla mnie to elementary brak kultury jest i dobrego wychowania, obycia z ludźmi i zero otwartości.” Zawyrokowałam i spakowałam manatki.
Wiem. Może dla kogoś zabrzmiałam jak obrażona dziewczynka, lecz mam prawo oczekiwać normalnego traktowania. Przypomniało mi się powiedzenie taty: “Nie pchaj się gdzie Cię nie chcą” – co w sumie w asertywność się wpisało. I wyjechałam.

Po drodze przewinęłam w myślach small talki znajomych z rodzinnego miasta, ze studiów, z różnych prac, których się podejmowałam, w teatrze, kinach, wydawnictwach, z obcokrajowcami w korporacji, z klatki schodowej, z osiedla, z warsztatów, spod i ze sklepów, z miasta, ze wsi, z gór, ze sławami i nieznanymi, z prezesami i sprzątającymi (i kiedy sama byłam w roli sprzątającej, bo mi się zdarzyło), z właścicielami i ochroniarzami czy nawet bezdomnymi, z wykształconymi i nie.
I choć pierwszy raz mnie to spotkało, zaniepokoiło jako znak czasu i pomyślałam:
“Ja to jednak tęsknię do kraju tego, gdzie rękę podaje się na powitanie i przedstawia nowym osobom, przez uszanowanie.”

Share and Enjoy !

0Shares
0 0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *