Nasza sobota zaczęła się przed 6 rano płaczem najmłodszego. Szósta godzina nikomu, kto ma dzieci nie jest niezwykła. Jeszcze kilka tygodni temu mały budził się około 4, potem koło 5, więc 6 jest mocno do zaakceptowania. Ranek zwykle wygląda tak: mały budzi się i po jakiejś chwili zaczyna mnie nawoływać. Wstaję, zmieniam mu pieluchę, karmię i najczęściej jest gotowy do zabawy. Dziś on obudził się niezadowolony i ja też. Był nadal śpiący, prawie się przewracał, ale chciał iść się bawić. Już na łóżku zabawa jakoś nie szła, ciągle marudził i zdecydowałam, że zostajemy w łóżku, ile się da. Niestety to był błąd. Mały nijak nie dawał się ululać do snu.

Zaspana i zirytowana podjęłam kolejną zgubną decyzję: zastosowałam sposób usypiania z „Zaklinaczki dzieci” i jako że maluszek tej metody nie zna, mieliśmy już regularny płacz. Każda następna próba zrobienia czegokolwiek, skutkowała marudzeniem i płaczem. Mąż wściekły, ja też. Wstaliśmy. Śniadanie przebiegło normalnie. Niestety usypianie po śniadaniu w ogóle się nie powiodło. Trzy próby i efekt – zmęczone, płaczące niemowlę i coraz bardziej podenerwowani rodzice, bo w perspektywie goście i wycieczka. Jako że próbę zastosowania metody „podnieś – połóż”, zakończoną strasznym płaczem maluszka, potraktowałam jako rodzicielską porażkę, próbowałam być bardziej cierpliwa w ciągu dnia. Chciałam ten dzień odbudować. Ubrałam synka, dałam picie i wysłałam z mężem na spacer. Mąż spotkał sąsiada, który opowiedział, że ich pół roku starsza od naszego synka córeczka wstała dziś wyjątkowo przed 6, jest płaczliwa, marudna i miała trudności z poranną drzemką. Doszliśmy do wniosku, że „coś jest w pogodzie”. Poprawiło mi to jakoś nastawienie i postanowiłam pchać dalej ten dzień, aby zakończył się dużo lepiej niż się zaczął. Mimo wielu zaplanowanych zadań odpowiadałam cierpliwie na synka potrzeby. Kiedy przyszli znajomi, mieliśmy małe opóźnienie z poczęstunkiem, jednak chłopcy cały czas się uśmiechali i szukali kontaktu. Znajomi, którzy sami nie mają dzieci, nie zdążyli odczuć, że my je mamy. Kiedy już odkładałam najmłodszego do łóżeczka, nie chciał w nim usypiać. Zorientowałam się, że chce poleżeć ze mną na łóżku. Zaczął dokazywać. Uciekał mi po łóżku, żebym go turlała z powrotem do siebie i śmiał się w głos. Po kilkunastu minutach, zasnął zadowolony, z rączką na mojej szyi. Wzruszona stwierdziłam, że po trudnym poranku, który ciemną chmurą zawisł nad nami, udźwignęłam ten dzień. Każdemu życzę motywacji, by nie poddawać się zniechęceniu, nawet gdy wszystko maluje się w czarnych barwach. Naprawiać, ile się da. Dzień jest długi nie po to, by było coraz gorzej, ale właśnie po to, by zmieniać coś na lepsze. Na pewno za to przyjdzie nagroda. Bo przecież, czym innym jest uśmiech i zadowolenie dziecka na dobranoc?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *