“Tatuś, tatuś!” – szarpałam tatę za nogę w okolicach kostki. Taty noga wystawała w kierunku mojego i siostry pokoju… spod choinki.
To było dawno… Tak dawno, że mogłabym napisać, że jeszcze wierzyłam wtedy w świętego Mikołaja. Tyle, że nadal wierzę. Wierzę, że Mikołaj zawsze przychodzi – ktokolwiek się w niego wcieli. Zatem to było tak dawno temu, że dzieci w tym wieku wierzą jeszcze w Mikołaja. Złapanie taty pod choinką powinno być wtedy dowodem na nieistnienie Mikołaja. Tata jednak wybrnął i wkręcił mnie totalnie. Powiedział, że właśnie złapał Mikołaja za nogę, kiedy tamten podkładał prezenty pod choinkę. Uwierzyłam.

Młodszy: “Mama, dlaczego płaczesz za dziadkiem, skoro on ci robił kawały, kiedy byłaś mała…?”

Tata robił kawały całe życie. Takie w swoim stylu.
Chrześnicy powiedział, że nie przyjdzie na jej wesele, gdy dopytywała, a później przyszedł, rozkręcał zabawę i nawet zwoził jej rzeczy do domu. Wyszedł ostatni. Uśmiechnięty od początku do końca.

10 lat temu, więc przedawnione. Jedziemy autostradą. Ja za kierownicą. Tata obok. Patrzy na licznik. Trochę więcej niż dozwolona. “Dziecko, pokaż, ile tam jest? Szybciej. Bo ile będziemy jechać?”
Tata lubił “depnąć”.

Kiedy był nastolatkiem wszedł na słup wysokiego napięcia. Stanął na najwyższym kwadracie i pomachał kolegom, którzy zostali na dole i zakładali się, że nie wejdzie.

Miał półdługie włosy w latach 70.

Rzucił palenie papierosów w jeden dzień. Po ponad 20 latach palenia dzień w dzień.

Założył mi konto w banku na początku studiów. Mam je do dziś.

Pokazywał mi ptaki i drzewa. Znam większość nazw i pokazywałam tak samo moim synom.

Kiedy byłam kilkulatką brał mnie do swoich rodziców na wieś przed świętami. Brnęliśmy przez las i pola w śniegu po kolana. Ja co rusz wpadałam w zaspy. Tata odstawiał skórzaną torbę podróżną w śnieg i wyciągał mnie z tych zasp. I tak przez 4 kilometry po ciemku.

Nauczyłam się od niego topić najlepszy smalczyk na świecie. Pokazał mi jak robić zasmażkę, szatkować kapustę. Sama podglądnęłam, jak przykręcać wydarte gniazdko.

Nauczył mnie podchodzić do koni i psów, trzymać kosę i kosić trawę. Wyrzucać gnój ze stajni. Jeździć traktorem. Imponowałam tym później koleżance ze studiów, bo “taka miastowa, a tu…”

Jeszcze w podstawówce i liceum przychodził o 2-4 nad ranem gonić mnie do spania, gdy czytałam. Robił to tak bez przekonania, że nigdy go nie słuchałam.

Na weselach, chrzcinach doglądał wszystkich i wszystkiego. Dbał, by każdy zjadł, wypił i dobrze się bawił. Zagadywał.

Był mistrzem small-talku, choć nawet nie znał tego wyrażenia. Nigdy nie narzekał. Kiedy spotykał go ktoś na ulicy, żartował, nawet gdy było naprawdę kiepsko.

Dostałam raz od niego ścierką przez głowę. Za pałę z fizyki w liceum. Zamiast się nauczyć, grałam na teście w totka na chybił trafił.

Kiedy był zmęczony, zabierał się do spania ze słowami: “I po co, Ty się, Zbyszek tak męczysz?” Od jakiegoś czasu sama tak robię, zamieniając na Aśka.

Potrafił wszystko naprawić. Robił mi nawet fleki do obcasów, gdy nie było gdzie kupić odpowiednich. Poprawiał mi płytki po fachowcach na wypukłej wannie, gdy spartaczyli. Nawet dofarbowywał mi włosy, gdy kupiłam za mało farby i brakło na pół głowy. Sam po tę farbę poszedł.

Gdy byłam w podstawówce zaplatał mi warkocz i robił kucyk – taki luźny, rozczochrany jak trzeba.

Robił najlepszą zupę ziemniaczaną i naleśniki. Nazywał ten zestaw specjalnością zakładu. Wymyślił dla nas specjalne nadzienie, więc były naleśniki z sero-dżemem. Piekł też rewelacyjne ciasto drożdżowe i super doprawiał bigos.

Kiedy pomagał mi wykańczać mieszkanie, pojechał do marketu budowlanego w ferszalunku. Był tak pozytywny i energiczny, że po kilku minutach wszyscy zaczęli podchodzić do niego, by ich obsłużył. Uciekł speszony, że go wzięli za ekspedienta, śmiejąc się: “co też oni?”

Kupił mi pierwszy rower, nauczył na nim jeździć. Sprowadził mi auto z zagranicy i dał spróbować, czy będę jeździć, bo nie miałam wtedy prawa jazdy.

Nauczył mnie jeździć na łyżwach i sam jeździł. Byłam dumna, bo niewielu tatów wtedy jeździło w naszym mieście.

Nauczył chodzić po lesie i się orientować.

Nauczył mnie siedzieć, patrzeć na deszcz i słuchać deszczu.

Zaszczepił zamiłowanie do słuchania radia i muzyki. Pokazał, że w tv ogląda się tylko swoje ulubione pozycje i wyłącza.

Kiedy chciał kogoś odwiedzić, dzwonił 2 godziny wcześniej: “Jesteś w domu? Kawę masz? Jak nie, to kupię, bo przyjeżdżam na kawę”.

Kilkadziesiąt lat jeździł po Polsce i zagranicy bez gps-a. Kiedy kupił go sobie z Krakowa do domu go ustawiał – 120 km, które znał na pamięć i to w różnych wariantach.

Na moim weselu poprawiał mi welon i niewidoczne zmarszczki na sukni.

Podobno kiedy się urodziłam, wołał z radością: “Mam córeczkę! Mam Asię!”

Kiedy mi się coś stało, rozśmieszał mnie, żebym nie czuła bólu.

Nigdy nie chodził w żałobie. Przeżywał ją po cichu. W sobie.

Mówił do mnie najczęściej “Aśka” i tak o sobie myślę i tak się odruchowo przedstawiam.

Na pogrzebie było ponad 100 osób. Wchodzili do kaplicy, a ja stałam przed nią i chciałam zawołać: “Czekajcie, przecież jeszcze tata!”

Kiedy się na coś decydował, zbierał się szybko i wychodził, dziarskim, zdecydowanym krokiem.

Teraz też tak wyszedł.
Być może zadzwonił do świętego Piotra i zapytał, czy jest, czy kawę ma.
Wyszedł.
Zdecydowanie, szybko, po cichu, bez zbędnych ceregieli.
Dając mi najwięcej całusów w życiu.
Nie odpisał na ostatniego sms, bo zwykle nie odpisywał.
Chyba się tam dobrze bawi, bo uśmiech miał na twarzy.

Kiedy płakałam jako dzieciak, pytał: “No i co smurczysz?”
No to teraz smurczę. “Za Tobą smurczę”.

Wujek na stypie powiedział: “Fajnego miałyście ojca”
True.

Ps. Mam nadzieję, że tam mają szklanki z Krosna, bo tata tylko z takiej pijał kawę. Białej, zwykłej, z koszyczkiem. Taka u mnie stoi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *