autoresponder system powered by FreshMail
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czarna dziura

Uświadomienie sobie tego, kim się jest i dokładnie gdzie się jest, bywa czasem bardzo niespodziewane. Truizm, zgadza się. Jednak dla Jo było to niestety boleśnie prawdziwe. W sumie podcięło jej nogi, świat stanął na głowie, czekała by gwiazdy spadły, ale zamiast tego całe niebo zwaliło się jej na głowę, zmieniła się perspektywa… itd., itp. Generalnie, wszystko stało się inne, nowe i tak bolesne, że nie wiadomo było, co z tym zrobić. Najpierw Jo myślała, że oszalała, potem że ma dziwną odmianę depresji, pomiędzy – że wychodzi z jakiejś podejrzanej psychicznej symbiozy; bała się też, że to jakiś niekończący się koszmar, ale miała skrytą nadzieję, że się obudzi i wszystko okaże się filmem o kimś innym. Przyszło jej też do głowy, że może nagle dostrzegła inny, równoległy wymiar swojego życia. Płakała całe tygodnie. Nie w świetle dnia. Robiła dobrą minę do złej gry. Unikała tylko nachalności tych, którzy zwykle nachalni wobec niej byli. Zapadnięcie zmroku i wyjście z pracy równało się za to zapaleniu papierosa (zaczęła palić dopiero teraz), jednego, drugiego, trzeciego pomiędzy potokiem łez, które płynęły po jej twarzy ukrytej pod daszkiem czarnej, w stylu Scorpions’ów  czapki. Rękawiczki były słone, a od papierosów bolało ją gardło. Nic to. Myślała, że to jakieś katharsis, więc pozwalała sobie na ten płacz. A nad czym płakała? W skrócie – nad sobą. Chociaż to duże uproszczenie, bo to jej dusza łkała, jakby Jo była samym tylko żalem, żalem z powodu tego, co było, co jest i tego, co czuła, iż może być.

Jo wiedziała, że od teraz nic już nie będzie takie samo, w końcu zmieni się to, co już dawno powinno było się zmienić – ona sama. Nie zewnętrzna ona, ale najgłębszy rdzeń jej istoty. Stary paradygmat, którego ukryte założenia z przerażeniem właśnie zaczęła sama przed sobą odsłaniać, zostanie wypchnięty przez nowy – a ten będzie musiała stworzyć od podstaw, i tylko od niej będzie zależało, jaki on będzie i kiedy będzie na niego gotowa, ale na razie…

…był listopad. Miesiąc smutny, zobowiązujący do refleksji, rozpoczynający się obowiązkowo wizytą na grobach bliskich. Jo nigdy wcześniej nie poddawała się temu nastrojowi dłużej niż na wieczorną zadumę pierwszego listopada, kiedy to z okna mieszkania jej rodziców, patrzyła na rozświetlające gęsty atramentowy mrok, migocące na wietrze płomienie zniczy pobliskiego cmentarza.  Pozwalała sobie wtedy na odrobinę kontrolowanej zadumy nad ulotnością życia, ale tych, co w grobach, nigdy swojego. Gdy przez przypadek poczuła przemożną tęsknotę za czymś nieuchwytnym, roniła kilka łez i szybko wracała do śmiejącej się z własnych wygłupów rodziny. Tym razem listopad okazał się niezłą przykrywką. Szybko zapadający zmrok, witający ją na progu budynku, gdzie pracuje, i potrzeba pójścia gdzieś przed siebie, swoboda spaceru w półmroku miasta, z dala od tłocznego, rażącego światłem gwaru autobusów miejskich. A potem droga przez jej ukochane wały największej rzeki w Polsce. Wały dawały osłonę, tu łkanie ginęło w szumie wiatru, a twarz często niknęła we mgle. Poza tym nawet psiarze przemykali tą stroną dość rzadko. Jo miała w końcu czas dla siebie. Jej dusza wydostawała się na zewnątrz. Czasem Jo czuła radość z tego powodu i w przerwie od łez podskakiwała krokiem chassis (czyt. szase) kilka metrów, a potem wdrapywała się na murek wałów, by z wyciągniętymi na boki rękami górować jak ptak nad płynącą w dole rzeką.

Jo nie rozumiała, co się z nią dzieje. Miała uporczywy nawyk racjonalizowania wszystkiego i podejmowała próby nazywania. Odpuszczała jednak dość szybko, czuła, że ważne jest po prostu, że to się dzieje, że w końcu musi się dziać; że musi sobie na to pozwolić, bo inaczej nie będzie sensu dalej żyć. Czuła się jak zbity pies, do tej pory ciągle odpychany, szturchany, kopany i wyśmiewany. Zaczynała też jednak przeczuwać, że żegna w sobie tego psa, że do niewłaściwych zagród chodziła,  by ją przygarnięto. Trudno się jej jednak dziwić, natura kieruje człowieka tam, a nie gdzie indziej, tylko ludzie i miejsca okazują się nieadekwatni, niedorośli do ról, które przyszło im przyjąć, jeśli nawet się starali. Chociaż na przekór, to właśnie Jo czuła się zawsze nieadekwatna, nie na miejscu, nie taka jak oczekiwano. Jo jak mały szczeniak naiwnie i ufnie garnęła do tych, po których spodziewała się akceptacji i bezwarunkowej miłości. Co dostawała? Zdradę, krytykę, pogardę i poniżenie. Była nieświadoma roli ofiary, którą jest narzucono. Uświadamiała sobie to i jeszcze dużo, dużo więcej bolesnych aspektów jej dotychczasowego życia, a może raczej niełaski wegetacji i świadomość jej położenia zaczynała ją powoli wkurzać.

Co najbardziej ją wkurzało? Chyba to, że przez całe lata myślała, że tak ma być, że taka jest jej karma, że nie można inaczej. I w obrębie tamtego paradygmatu funkcjonowała nieszczęśliwa, ale znając bezpieczne punkty i wiedząc, gdzie może czyhać niebezpieczeństwo. Chowała się za plecami innych, bo strach nie pozwalał jej zobaczyć, że może być inaczej. Była nieokreślona, bo przekonała się jako dziecko, że to jest mile widziane. Umiała przegrywać i była z tego dumna, bo nie wiedziała, że w jej sytuacji trudniej jest być wygraną. Bała się wygrywać w najmniejszych sprawach, unikała zaznaczenia się gdziekolwiek, wyjścia z cienia innych. Uważała, aby większość wokół niej była zawsze zadowolona. I najgorsze, że przekonana była, iż ona ma być zadowolona jako ostatnia. Niestety dopiero teraz zauważyła, że „jako ostatnia” znaczy nigdy. Bo zawsze jest ktoś…, bo zawsze jest coś…. Nie było jej zatem. Była jak pusta forma, którą wypełniają obowiązki, nakazy, zakazy i oczekiwania. Tak, przeklęte oczekiwania…  Jo czytała w myślach. A przynajmniej tak jej się wydawało. Używała swojej błyskotliwości, inteligencji, doskonałej pamięci, by uprzedzić oczekiwania innych, zanim jeszcze oni zdążyli o nich pomyśleć, albo je wypowiedzieć. Tylko Jo miała coraz więcej obowiązków, system stawał się coraz bardziej obciążony i doskonałe urządzenie zaczynało się psuć. Jo przemknęło przez myśl, że może to jakaś choroba. Tak bardzo bała się myśli, że jest tak przemęczona byciem automatem do spełniania wypowiedzianych bądź nie- oczekiwań.

Zapisz

Zapisz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

NEWSLETTER OD "JakMówić" Bądź na bieżąco.

autoresponder system powered by FreshMail