#21.11.2008

Tęsknię za tym, co określone i nieokreślone zarazem.

Za straconymi szansami i za szansami, z których zrezygnuję z własnej woli.

Za wiarą, której wyobrażenia nie umiem w sobie odnaleźć.

Za niezależnością, która byłaby czymś innym niż zamknięciem na świat.

Za miłością bez strachu, bez schematów, bez rutyny i poczucia obowiązku.

Za nauką, wynikającą z potrzeby, z ciekawości, bez przymusu.

Za akceptacją, tą najważniejszą, której nikt nie może odebrać.

Marzę o ….

O niczym nie marzę, bo sama sobie na to nie pozwalam.

Boję się własnych marzeń…

Stłumionych…, nazbierało się ich tyle przez lata, że pewnie utonęłabym pod ich falą.

Piszę, bo pisanie kiedyś miało być moją drogą.

„Donikąd wprawdzie”, ale drogą.

Teraz jestem nigdzie. Biegłam szybko, łapiąc po drodze cele, które zbyt szybko brałam za moje.

Boję się takich chwil, jak ta. Kiedy widzę, gdzie jestem. Skąd szłam, w jaki sposób się poruszałam, ile uszłam, dokąd prowadzi moja droga.

Nie doceniam mojego życia, gardzę jego jakością. Chcę zdeptać swój lęk przed wszystkim.

Czy miałam kiedyś skrzydła? Czy było, co obcinać? Czy może muszę je sama ulepić, jak Dedal?

Co ze strachem, który od razu ściska żołądek, ma myśl, że podzielę los Ikara?

Mówią, żeby pisać, tylko o czym pisać, kiedy w środku trafiam na mur. Mur zbudowany przeze mnie, tak dawno, że dziś nie bardzo umiem wyjaśnić, po co tam stanął.

Odkryłam właśnie swoją tragedię. Osamotnienie, brak zrozumienia na głębszym poziomie, pragnienie prawdziwej, ciepłej, rozumnej przyjaźni. Uff… <łezka>

Samotność jest jak ogromna przepaść, w którą patrzysz z góry i dna nie widać.

Puściły mi uszczelki… Nie wiem, za czyją sprawą. Coś poddało się we mnie i teraz jestem miękka jak pluszowa, flaczasta poduszka.

Jak pokazać komuś swoje intencje? W natłoku tylu sprzecznych uczuć.

Boże, niezależnie od tego, czy jesteś, czy Cię nie ma, pomóż mi nie spaprać!

Papier wszystko przyjmie: głupotę ogromną i mądrość niedużą.

Widzieć znów to, czego sobie broniłam, by nie płakać, by serce nie pękało dnia każdego.

Samookaleczenie… dla zdrowia psychicznego, dla komfortu codzienności, dla spokoju powszedniego i nieszczęścia wiecznego ;p

Czym jest miłość, jak nie sensem wszystkiego?

Teraz chyba powinnam umrzeć, bo nic nie ma prawa się już wydarzyć…

Ale życie jest podłe i pewnie mnie zaskoczy. Nóż w plecy to jego specjalność. Proszę szybko, silnym, zgrabnym pchnięciem, by ból zaczął umierać wraz ze mną, zanim jeszcze poczuję go w pełni.

Tu zaszła zmiana! Tu zaszła zmiana… czy ktoś to dzisiaj zauważy.

Trybik w maszynie idzie swoim tempem, ale to i tak tylko trybik. Rolą trybiku jest poruszać się ruchem ustalonym mu wcześniej przez twórcę maszyny. Prawda stara jak świat. Po co mi ona?

Umieram każdego dnia po trochu, jak każdy, choć chciałabym trochę bardziej, trochę wyraźniej, mocniej może już nie, ale na pewno inaczej.

Umieram bez prawdziwych świadków… Czy to duża próżność czy już ekshibicjonizm tak chcieć manifestować swoją codzienną śmierć powszednią??

Time is running out…

14.04.2017 #LuckyJo_WystawiamGłowęZpudełka
“Jo biegła. Biegła, co sił w nogach. Pełna nadziei na spotkanie miłości. Miłości tak oczywistej i tej, która powinna być tam zawsze. Dobiegła. Dla Jo jednak miłości nie było. Jo spotkała pustkę. Po raz kolejny. Do pustki była przyzwyczajona. Spodziewała się jej. Przynajmniej trochę. Tak jak spodziewasz się deszczu, a liczysz do końca, że nie będzie padać. Po raz kolejny do pustki jednak dodano odrzucenie. Tego się nie spodziewała. Nie było drzwi, lecz Jo widziała napisy: “ZAMKNIĘTE DLA JO”, “NIE PRZYCHODŹ TU WIĘCEJ”, “NIE CHCEMY CIĘ”, “NIE SPEŁNIASZ OCZEKIWAŃ” itd. itp.
Jo nie rozumiała. Znów płakała. Znów spalał ją ten ogromny, nieoczywisty brak miłości. Wiele razy myślała, że już nie da rady się odrodzić. Myliła się. Człowiek ma w sobie siłę ducha całego chyba Wszechświata. Zawsze w końcu wstawała. Teraz też wstanie. Silna. Nowa. Dumna. Gdy skończy płakać, spalać się, nie rozumieć.”

“(…) Ogródek Jo miał za to kilka magicznych właściwości. Pierwszą było to, że nad nim zawsze świeciło słońce. Tutaj nigdy nie padał deszcz. To było bardzo ciekawe, ponieważ do tego swoistego azylu, chroniącego ją przed złem TAMTEGO świata, Jo wpadała przecież przestraszona lub zapłakana. Choć właśnie nie. Chyba nigdy zapłakana. Słońce tu też nie było ostre i dające upał. Delikatne, przyjemnie ogrzewające skórę, przebijające się przez muskane ledwie wyczuwalnym wiatrem liście drzew pobliskiego lasu. Tak, zdecydowanie domek Jo był ukryty pod lasem. Prowadziła do niego bita droga, na której nigdy nie było błota. Często przy płocie stało auto. Jo jednak traktowała je jak kota Schrödingera. Czasem było, czasem go nie było. Dopóki nie wyjrzała za płot, mogło być i nie być jednocześnie. Dodatkowo – gdy już było – to raz wydawało jej się, że jest jej, a czasem tych, którzy chcieli zrobić jej coś złego.”

“(…) Ciemność piwnicy opatulała szczelnie, jak najczarniejszy koc. Odległość domku od szyby, płotu od domu – dzielił je przecież zawsze słoneczny i zielony trawnik – drzwi od środka podłogi, klapa w podłodze – wszystko to nie dawało nikomu szansy, aby usłyszeć napędzane strachem serce Jo. Tu ludzik, mimo iż był skulony, w niewygodnej pozycji, był sobą. Tutaj  Jo była ludzikiem, ludzik był Jo. Sprowadzona do rozmiarów serca przeciętnej wielkości kobiety, Jo nie czuła się tak skarlała, jak możecie przypuszczać. No, właśnie! Przestańcie się użalać! Jo była najbardziej sobą w tym malutkim kawałku. Nie odbierajcie jej satysfakcji z tego bycia tutaj w tej postaci. Ona ocaliła siebie. Z tego chciała i chce być dumna. Mogła siebie totalnie zatracić, zaprzepaścić gdzieś po drodze, zgubić i być pustką, samą nieogarnioną, dźwięczącą pustką. A Jo ocaliła siebie pod postacią serca w bezpiecznym domku, rozumu dla TAMTEGO świata, a ziarenka – jak się okaże – dla rozkwitającego pięknie kwiatu w przyszłości.

ludzik był bowiem ziarenkiem, był esencją tego, co w Jo było tylko jej i najprawdziwszą nią.”

Wielkie porządki
“Łudzi się ten, kto uważa, że rozwój to taka prosta sprawa. Ha! I Jo się łudziła. Rozkminiała rozumowo wszystkie swoje i nie swoje problemy psychologiczne. Wyspecjalizowała się w kwestii podnoszenia poczucia własnej wartości do perfekcji. Niestety, tym co nadal kulało był kontakt ze sobą prawdziwą, Prawdziwym Ja i uczuciami. Jo była mistrzynią zafałszowywania uczuć. Ona po prostu mogła czuć na zawołanie. Inni przez to mogli odbierać ją jako nieszczerą i wyrachowaną, lecz dla niej to była męczarnia i powód, by czuć się zagubioną we własnym życiu i niepewną każdej swojej osobistej decyzji. Jo czytała z ludzi jak z otwartych ksiąg, lecz sama przed sobą miała milion tajemnic. Wydawałoby  się, że jako właścicielka tych tajemnic powinna nimi świetnie zarządzać, mieć je skatalogowane w umyśle i sercu, lecz Jo nie miała nawet odwagi na nie spojrzeć. Jo unikała jak ognia patrzenia w siebie. Dawno, dawno temu, kiedy była jeszcze małą, wrażliwą, bardzo bardzo podatną na zranienie dziewczynką, Jo zobaczyła w sobie okropnego potwora. Zobaczyła go. Takie małe, lecz przerażające dziecko, które złościło się, krzyczało, wpadało w histerię, tupało nogami, gniewało się potężnie i barykadowało przed światem. Dominującym hasłem tego potwornego dziecka było: “Zostawcie mnie! Zostawcie mnie! Nienawidzę Was! Nie chcę mieć z Wami nic wspólnego! Nigdy nie zobaczycie, jaka naprawdę jestem! Nie pokażę Wam! Nigdy mnie nie zranicie!”

Koniec porządków, czyli początek przygody
“<Wystawiam głowę z pudełka> – powiedziała Jo około osiem lat temu. Nie spodziewała się wtedy, że wystawić głowę to dopiero pierwszy krok, by z tego pudełka wyjść. A jakże – trudny. Jak w piosence śpiewanej przez Annę Jantar <Najtrudniejszy pierwszy krok>. Najtrudniejszy pierwszy krok do zmiany. To jednak zdecydowany początek długiej i momentami balansującej na granicy życia i śmierci drogi. Drogi – do samej siebie. Nie ma przesady w tym balansowaniu. Jo dotarła do miejsc w sobie, w których musiała spotkać się z demonami przeszłości. Swojej i swojej rodziny. Przekonania, niesione przez wodę w jej ciele, paraliżowały ją przy każdej próbie zmiany. Rozumowo chciała, wręcz parła do przodu. Blokady jednak oddziaływały na uczucia i sabotaż następował raz za razem. Jakby w Jo mieszkały dwie osoby: ta piękna, mądra, wrażliwa i cudowna kobieta, potrafiąca się odnaleźć w każdej sytuacji i bezwartościowa, krnąbrna dziewucha, która zupełnie odmawiała współpracy i pójścia w świat. Pierwsza zdecydowanie chciała błyszczeć poza pudełkiem. Druga rozsiadała się z chipsami w pudełku, leniwie i żałośnie tyjąc i brzydnąc. Przyszedł jednak dzień, kiedy Jo została zmobilizowana, by poskładać w jedną całość dwie części siebie.
Przez sytuację – oczywiście z mężczyzną. Ta sytuacja wywołała w niej upokorzenie, wściekłość i zazdrość, Pierwsza Jo – kobieta z klasą została zachęcona… O nie! Brutalnie zmotywowana, aby pokazać się w pełnej krasie. Dostrzec nareszcie swoje zalety. Pokochać i uszanować tę siebie, którą do tej pory spychała do pudełka swojego wnętrza, piwnicy niebytu. Druga Jo – w swej krnąbrności nadal użalała się nad sobą. Rozpaczając i odgrażając się panu, którego nazwała Znajomym, poczuła się urażona za siebie i Pierwszą Jo jego tekstem: <Czas Unieść Dupę>. Obie Jo miały bowiem totalnego świra na punkcie swojej pracowitości i seksownego tyłeczka. Tak. Tu zgadzały się całkowicie. Tyłeczek to one miały na pewno nie zasiedziany. Pisanie im, że “Czas Unieść Dupę” działało na nie niestety zgodnie z zamiarem Znajomego – prowokująco. A Jo dawała się prowokować. Lubiła to. Lubiła wszelką prowokację, która mobilizowała ją, by coś w sobie zmienić. Więcej. Jo na co dzień dawała przysłowiowego kopa w tyłek swoim bliskim, znajomym i klientom. Czekała więc znudzona na kogoś, kto nareszcie przewyższy ją znajomością mechanizmów psychologicznych i jej samej. Dla niej przygoda dopiero się zaczęła.”

Nowy początek
To wielka radość nareszcie zacząć widzieć świat kolorowo. Światu Jo daleko było jednak do różu. Jo odkryła w sobie pokłady sarkazmu i szyderstwa. Od lat lubiła siebie, kiedy była w humorze, by błyskotliwe coś komentować i jak to nazywała czuć, że zasiada wówczas w loży szyderców. Prześmiewała zjawiska, unikała prześmiewania ludzi. Skupiała się na zachowaniach. Okazało się, że to kolejna z ochron Jo przed bliskością i wchodzeniem w angażujące relacje ze światem. Jo nadal panicznie bała się ludzi. Nienawidziła ich. Zobaczywszy reklamę warsztatów o empatii w firmie, przeprowadziła ze sobą następującą rozmowę:
Jo szefowa: “Jo, rozumiem Twoje rozczarowanie na Twój entuzjazm i spontaniczność”
Jo pracownik: “Luz, to jebutny standard” (Jo pracownik schamiała totalnie, nie chciała być już dla nikogo miła. Prezentowała postawę, do której tak usilnie dążyła główna Jo – Narratorka – mieć wyjebane na wszystko. I mimo iż Jo-Narratorka odkrywała powoli, że mieć wyjebane, to także etap wychodzenia z pudełka i nie ostatni. Dodatkowo skłaniała się, by zastąpić wyjebane, akceptacją i miłością, lecz na razie pozwalała wychodzić z jej wnętrza wszystkim postawom buntu, oporu, bycia na “nie”, odmowy współpracy lub “olewam Was i tak zachowacie się tak samo beznadziejnie”.)

“Spring waltz”
Tańczyła do “Spring waltz’a” Chopin’a, który to walc podobno nie był Chopin’a. Zbyt masywna na tancerkę. W dopasowanym podkoszulku podkreślającym każdy kształt. W głowie brzmiał jej szyderczy, zasłyszany w dzieciństwie tekst: “Tancerka ze spalonego teatru”. Wcześniej ten tekst przez lata paraliżował jej ruchy. “Spring waltz” “plumkał” jednak w taki sposób, że poruszał ją aż na poziomie wody w komórkach. Tańczyła, czując się jak kukła. Jakby poruszało ją wspomnienie baletowego drygu ze szkoły baletowej, do której nigdy nie chodziła. Przyjmowała coraz poprawniejsze ruchy. Ciało naprężało się od dźwięków, jednocześnie dając coraz większą swobodę ruchów. Muzyka prowadziła ciało lub ciało wpasowywało się w muzykę. Czuła, ile cierpienia uleciało z niej przez ostatni rok. Rok zmagań z samą sobą, które stopniowo czyniły ulgę i zwiększały swobodę w ciele. “Ciało może więcej niż podpowiada umysł” – mawia znana fitness celebrytka. Jo pozwalała więc ciału prowadzić się i odczuwać. Odczuwanie siebie przerażało ją. Gotowa na ból, otwierała się na płynącą wobec siebie samej troskę i współczucie. Dopiero od niedawna wiedziała i doświadczała, że ludzka istota czuje więcej niż jedno uczucie na raz. Dominowało w niej zatem przerażenie wobec zgody, którą czuła, że nareszcie musi, potrzebuje i chce sobie dać. “Niech ciało mówi” – mogłaby zwerbalizować swoje przyjęcie tego, co ta zgoda ze sobą niosła. Wspierały to przerażenie uczucia zalęknionej ciekawości, smutku, nadziei, że jednak każda kolejna zgoda otwiera ją na lepszą siebie i lepsze relacje dla siebie, żal i złość na to, co było i odrobinę radości – “Płynę. Płynę ku życiu. We wzgardzonym kiedyś tańcu. Prowadzona wzgardzoną muzyką. Upojona wzgardzonymi uczuciami. Z odrobiną ukochanego buntu – przecież zawsze mogę się cofnąć. Mogę, lecz wiem, że nie chcę”.

Kiedy nienawidzisz siebie, strzelaj… do siebie
Podobno w życiu wszystko jest po coś, a nie odrobione lekcje wracają. Nareszcie! Nareszcie przydała się porada, którą dostała jako dziewiętnastolatka. Nigdy wcześniej jej nie rozumiała. Tej nocy jej po prostu użyła. Jakby ta porada czekała w niej na odpowiedni moment, by uwolnić całą, tak głęboko skrywaną, że aż zdawałoby się nieprawdziwą nienawiść do samej siebie.

27.09. 2018 Co Cię czyni kobietą a co damą?
Podobno dama pali papierosa i przeklina. Hihi. O ironio. Jo klęła jak szewc i krążyła po loggie swojego mieszkania na siódmym piętrze, kiedyś z widokiem na centrum miasta, wcale się damą nie czując. Czuła się jednak dorośle i kobieco. Kolejne podejście do palenia. Śmiech na sali. Bez zaciągania się. I nagle odkryła, że to oznaka stawania się nareszcie dorosłą kobietą. Nareszcie dorosłą. Nareszcie kobietą. Podążyła myślami za tęsknotą, którą wcześniej czuła, gdy sięgała po papierosa.
“Tę tabakierę chociaż taką ciebie część
Te tabakierę mogę dziś przy sobie mieć
Tę tabakierę jak znak miłości twojej
Niech truje to mniej boli
Tę tabakierę tylko taką ciebie część
Tę tabakierę mogę dziś przy sobie mieć
Na zawsze zostaw jak znak miłości twojej
Niech truje to mniej boli.”
Śpiewała znana piosenkarka. Jo najpierw utożsamiała tę potrzebę zapalenia z tęsknotą za miłością. Paliła epizodami. Raz na kilka lat. To były jakby podrygi prób spotkania z sobą samą. Teraz dopiero to wiedziała. Następne podpalania były krótsze i ze sporo mniejszym nasyceniem emocjonalnym. Pamiętacie pierwsze? Totalne katharsis. Teraz krążyła po loggie czując się wyjątkowo dorosła i kobieca. Oczami umysłu patrzyła na swoją figurę i była niezwykle zadowolona z tego, gdzie jest. Niestety blask ma zawsze swój cień. Jo przypomniała sobie, skąd ruszała w tę – wydawało jej się – jakże chwalebną drogę. Zyski jednak zawierają w sobie straty. Jo – jak wielki cierń wbity głęboko w serce – zabolało wspomnienie tego samego balkonu, lecz ponad 10 lat wstecz. Wiosna była. Cudowny dzień. Odebrali mieszkanie. Szampan, czekoladki i słońce. Siedząc na świeżo położonych przez developera płytkach, czuła ulgę, że paraliżujący ją strach okazał się bezpodstawny, że okna mieszkania górują nad miastem, widać ukochane przez nią centrum, panorama Tatr i Masyw Beskidu Żywieckiego. Wolność było czuć w powietrzu, a promienie słońca sprawiały, że Jo czuła wręcz pieszczotę tej wolności. Tak bardzo bała się zamknięcia w klatce. I słusznie. Gdyż dała się zwieźć. Widokowi. Słońcu, którego brak tak mocno odczuwała. Widokowi, który szybko zniknął w wyniku intensywnej zabudowy każdego wolnego miejsca w mieście. Ona – tak czujna! Ona – tak przezorna! Ona – tak uważna! Ona – tak kalkulująca i uważna! Dała się zwieść. Dała się oszukać. Kolec wbił się głębiej w serce. Chciała się zaciągnąć, lecz rozśmieszyła ją kolejna nieudana próba. “Mama idzie!” – krzyknął kiedyś brat, swobodnie palący, aby przestraszona zaciągnęła się, lecz na próżno. Jo paliła ustami. Najbardziej lubiła sam ruch ręki z papierosem i kiepowanie do doniczek z kwiatami. Nie, żeby nie lubiła kwiatów. Jo przestawała być poprawna. Chciała mieć na sumieniu małe grzeszki. A cóż zdrożnego jest w strącaniu popiołu z papierosa do ziemi do kwiatków? No, chyba tylko to, że doniczki są małża (tak Jo nazywała ślubnego, od pewnego czasu).
W loggie nie było stolika, ani krzeseł. Czasem wynosiła kuchenny stołek barowy, by na nim posiedzieć, właśnie z papierosem, lecz dziś nie miała ochoty. Nadal krążyła w tę i w drugą stronę. Coraz bardziej delektując się poczuciem bycia kobietą i to stopniowo zaczynającą wiedzieć, czego chce. Jedynie te koszty. Jo nie mogła ich przełknąć. Chciała wszystko bez strat. Dla wszystkich dobrze. Nie rozumiała, że tak właśnie działa świat. Pogląd, że przykre rzeczy przytrafiają się ludziom po to, by się czegoś nauczyli, średnio ją przekonywał. Była osobą, która wiele wniosków wyciągnęła rozumowo i dopiero przekonywała się, że rozum jest niewiele wart bez doświadczania.
Jo chciała wszystkim oszczędzić bólu. Nie wiedziała jednak, że oszczędzając go innym, najwięcej przysparza go sobie. Ktoś te koszty musiał ponosić. A później i tak wszyscy czuli się oszukani i nikt nie chciał być wdzięczny za oszczędzenie mu bólu.
Papieros – choć jestem daleka od jego pochwały – ma w sobie jakiś magiczny wyzwalacz. Dla Jo wyzwalacz wspomnień i przemyśleń. Szybko przyfrunęły do niej obrazy z dzieciństwa. Znane tytuły i fragmenty treści ulubionych przez nią książek dla nastolatek. Przypomniała sobie swoje marzenie, kim wówczas chciała zostać i poczuła jak bliskie jest spełnienia, mimo jakiegoś programowego, stałego działania, aby wcale się do jego realizacji nawet nie przymierzać. Tu Jo poczuła ogromną wściekłość na siebie.
“Jak mogła tak daleko od siebie odejść?!” Zadawszy sobie to pytanie, zobaczyła siebie sprzed lat, siedzącą na narożniku w swoim pokoju. Ona nigdy nie wyjechała stamtąd. Jo delikatna, subtelna, wrażliwa i czująca została w domu. Biały golf z delikatnej dzianiny, rozsuwany aż na wysokość biustu, jasne długie blond włosy spięte w kucyk, z cienkim kosmykami opadającymi na twarz, lekki uśmiech i ręka uniesiona w gestykulacji. Jakby Jo zamarła wówczas i dotrwała – w tej jakże pięknej pozie – do dzisiaj.
Każdego dnia od wyjazdu zamrażała w sobie tęsknotę. Blokowała żal, smutek i rozczarowanie, że jej wyjazd był dla rodziny swego rodzaju ulgą. Jo z wozu, rodzinie lżej. Nie rozmawiali nigdy o tym, więc nie wie, czy to było jej subiektywne odczucie czy właściwie odebrana informacja. Jo wyjechała, lecz serce zostawiła w domu. Teraz po nie wróciła. Potrzebowała go. Na stałe. Na zawsze. By czuć. Czuć i doświadczać. Siebie. Kobiety. Dorosłej Jo.

17.10.2018 Lucky Jo Island
Jo przeżyła – jak to sama nazwała – zjazd totalny. Chciała opuścić pudełko* na zawsze. Nie potrafiła z niego wyjść, lecz już też nie mogła w nim pozostać. Czuła się jednym wielkim bólem. Jakby psyche, duch i ciało połączyły się tylko na ten jeden, jedyny ostatni moment, mający zdecydować, że to jej koniec. Resztki świadomości podpowiadały tylko jedno rozwiązanie. Nie zastanawiała się już, czy zostać. Dla kogo? Po co? Kombinowała już tylko z wrodzoną (nie)zaradnością, w jaki sposób odejść. Im ból doskwierał mocniej, tym bardziej przyciągała pustka. Sił i świadomości starczało tylko na tyle, by googlać hasło: “jak popełnić samobójstwo”.

Okazało się ku jej rozbawieniu przez spływające po twarzy bez przerwy łzy, rozbawieniu – manifestującym resztki czarnego humoru, że sposoby są kiepskie. Zależało jej na względach estetycznych i szybkości. Skąd w Polsce grzeczna “dziewczynka” ma wziąć strzelbę? Z internetowych poszukiwań wynikało, że ta śmierć jest najszybsza. Niestety bądź stety dla niej, zdecydowanie nieestetyczna. Szukając sposobu, by umrzeć, natrafiła na punkty zaczepienia, by żyć. Okazała się nim świadomość, że jeśli sama siebie nie zauważy, nikt jej nie zauważy. Śmiejąc się z ironii losu odkrytej w doświadczonej prawdzie o sensie swojego bycia i nie bycia, dotrwała do momentu,w którym ktoś jednak ją zauważył. Więcej niż jeden ktoś.
Z pomocą tych, którym – co ją niezmiernie zdziwiło – na niej zależało, dotrwała do dnia następnego. Ból rozrywał jej serce i całe ciało, lecz każdą kolejną minutę dnia podpierała myślą, że jeśli wytrwa 24 godziny, będzie żyć.
Dostała zadania “na podtrzymanie”. Na zadanych trzy, zrobiła pięć.
I choć jeszcze rano przez jej serce – jak przez ekran szpitalnego monitora – szła cienka zielona linia, ledwie podrygując miejscami w górę, wieczorem linia nabrała wyrazu, a ból majaczył już tylko ledwie zauważalny gdzieś na serca dnie.”
 

Dodatkowo dostała długofalowy cel: zbudować swoją wewnętrzną wyspę.
W pierwszej chwili Jo roześmiała się: “Przecież moja wyspa to może jedna garść piasku”. Usłyszała w odpowiedzi: “Mylisz się, jest o wiele większa. Po prostu przyrzucasz ją śmieciami, by nie dowiedzieć się, co na niej jest.” Podsumowanie prawdziwe i celne, jak strzał w pysk, wytrąciło Jo z umysłu i pozbawiło wszelkich argumentów. Oczami wyobraźni Jo zobaczyła wyspę i siebie idącą jej brzegiem. To nie była grzeczna i miła Jo. To była Jo-Niszczyciel. Jo, która ze złością zasypywała wyspę śmieciami. Kopała je i dosypywała więcej i więcej, żeby natychmiast przykryć każdy ładny jej fragment. Ta konstatacja zaskoczyła Jo niezmiernie. Jej wyspa jest piękna, rozległa i wspaniała! To ona ją niszczy i przykrywa! To by się nawet zgadzało. Weszła do pudełka, by się schować, by nikt nie poznał prawdziwej Jo, by nikt nie wiedział, jaka jest naprawdę. Jo bała się reakcji ludzi na to, jakim potworem w środku jest. Bała się, że zobaczą i uciekną. Zadowalała się powierzchownymi relacjami, nie dawała się poznawać, bo była pewna, że wszyscy ją odrzucą. Kiedy wychodziła z pudełka zakładała je na głowę.

Na wyspie Jo umieściła na początek taniec. Dodała jakieś fajne jedzenie wegetariańskie. Okazało się, że Jo potrafi gotować. Trochę muzyki. Pisanie. Wyjścia do kina. Wyjścia z przyjaciółmi, aby się pośmiać.

Jednak Jo była oszustką. Totalną. Najgorszą z możliwych. Jo kłamała uczucia. Kłamała radość, satysfakcję, zadowolenie, a raczej brak niezadowolenia, brak agresji, która ją chwilami rozsadzała. Biedna, cierpliwa Jo. Perfekcyjna w katowaniu siebie byciem cierpliwą. “Sama sobie katem, ofiarą, ratownikiem”. Jo odgrywała w sobie znany trójkąt Karpmanna. W sobie. Bo Jo nie żyła na zewnątrz. Nadal. Nadal bała się świata i siebie. Teraz tylko pokazało się, że może siebie boi się jednak bardziej.

Strach i wstyd. Czymże jest wstyd w porównaniu ze strachem? Zapyta ktoś. Czymże jest strach porównany ze wstydem, który pali ciało od policzków po palce stóp? Wstyd, który parzy w każdej komórce. Sprawia, że ta staje się płonąć żywym ogniem. Tak pali tylko jeden rodzaj wstydu. Toksyczny wstyd. Wstyd, że się ma ciało, że się je czuje i choćby nie wiem, jak piękne było, odbiera się je jako nieadekwatne, jak reszta, jak cała Jo. Paradoksalnie, Jo czuła się na “Dzień Wstydu” bardziej adekwatna niż kiedykolwiek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *