14.04.2017 #LuckyJo_WystawiamGłowęZpudełka
“Jo biegła. Biegła, co sił w nogach. Pełna nadziei na spotkanie miłości. Miłości tak oczywistej i tej, która powinna być tam zawsze. Dobiegła. Dla Jo jednak miłości nie było. Jo spotkała pustkę. Po raz kolejny. Do pustki była przyzwyczajona. Spodziewała się jej. Przynajmniej trochę. Tak jak spodziewasz się deszczu, a liczysz do końca, że nie będzie padać. Po raz kolejny do pustki jednak dodano odrzucenie. Tego się nie spodziewała. Nie było drzwi, lecz Jo widziała napisy: “ZAMKNIĘTE DLA JO”, “NIE PRZYCHODŹ TU WIĘCEJ”, “NIE CHCEMY CIĘ”, “NIE SPEŁNIASZ OCZEKIWAŃ” itd. itp.
Jo nie rozumiała. Znów płakała. Znów spalał ją ten ogromny, nieoczywisty brak miłości. Wiele razy myślała, że już nie da rady się odrodzić. Myliła się. Człowiek ma w sobie siłę ducha całego chyba Wszechświata. Zawsze w końcu wstawała. Teraz też wstanie. Silna. Nowa. Dumna. Gdy skończy płakać, spalać się, nie rozumieć.”

“(…) Ogródek Jo miał za to kilka magicznych właściwości. Pierwszą było to, że nad nim zawsze świeciło słońce. Tutaj nigdy nie padał deszcz. To było bardzo ciekawe, ponieważ do tego swoistego azylu, chroniącego ją przed złem TAMTEGO świata, Jo wpadała przecież przestraszona lub zapłakana. Choć właśnie nie. Chyba nigdy zapłakana. Słońce tu też nie było ostre i dające upał. Delikatne, przyjemnie ogrzewające skórę, przebijające się przez muskane ledwie wyczuwalnym wiatrem liście drzew pobliskiego lasu. Tak, zdecydowanie domek Jo był ukryty pod lasem. Prowadziła do niego bita droga, na której nigdy nie było błota. Często przy płocie stało auto. Jo jednak traktowała je jak kota Schrödingera. Czasem było, czasem go nie było. Dopóki nie wyjrzała za płot, mogło być i nie być jednocześnie. Dodatkowo – gdy już było – to raz wydawało jej się, że jest jej, a czasem tych, którzy chcieli zrobić jej coś złego.”

“(…) Ciemność piwnicy opatulała szczelnie, jak najczarniejszy koc. Odległość domku od szyby, płotu od domu – dzielił je przecież zawsze słoneczny i zielony trawnik – drzwi od środka podłogi, klapa w podłodze – wszystko to nie dawało nikomu szansy, aby usłyszeć napędzane strachem serce Jo. Tu ludzik, mimo iż był skulony, w niewygodnej pozycji, był sobą. Tutaj  Jo była ludzikiem, ludzik był Jo. Sprowadzona do rozmiarów serca przeciętnej wielkości kobiety, Jo nie czuła się tak skarlała, jak możecie przypuszczać. No, właśnie! Przestańcie się użalać! Jo była najbardziej sobą w tym malutkim kawałku. Nie odbierajcie jej satysfakcji z tego bycia tutaj w tej postaci. Ona ocaliła siebie. Z tego chciała i chce być dumna. Mogła siebie totalnie zatracić, zaprzepaścić gdzieś po drodze, zgubić i być pustką, samą nieogarnioną, dźwięczącą pustką. A Jo ocaliła siebie pod postacią serca w bezpiecznym domku, rozumu dla TAMTEGO świata, a ziarenka – jak się okaże – dla rozkwitającego pięknie kwiatu w przyszłości.

ludzik był bowiem ziarenkiem, był esencją tego, co w Jo było tylko jej i najprawdziwszą nią.”

Wielkie porządki
“Łudzi się ten, kto uważa, że rozwój to taka prosta sprawa. Ha! I Jo się łudziła. Rozkminiała rozumowo wszystkie swoje i nie swoje problemy psychologiczne. Wyspecjalizowała się w kwestii podnoszenia poczucia własnej wartości do perfekcji. Niestety, tym co nadal kulało był kontakt ze sobą prawdziwą, Prawdziwym Ja i uczuciami. Jo była mistrzynią zafałszowywania uczuć. Ona po prostu mogła czuć na zawołanie. Inni przez to mogli odbierać ją jako nieszczerą i wyrachowaną, lecz dla niej to była męczarnia i powód, by czuć się zagubioną we własnym życiu i niepewną każdej swojej osobistej decyzji. Jo czytała z ludzi jak z otwartych ksiąg, lecz sama przed sobą miała milion tajemnic. Wydawałoby  się, że jako właścicielka tych tajemnic powinna nimi świetnie zarządzać, mieć je skatalogowane w umyśle i sercu, lecz Jo nie miała nawet odwagi na nie spojrzeć. Jo unikała jak ognia patrzenia w siebie. Dawno, dawno temu, kiedy była jeszcze małą, wrażliwą, bardzo bardzo podatną na zranienie dziewczynką, Jo zobaczyła w sobie okropnego potwora. Zobaczyła go. Takie małe, lecz przerażające dziecko, które złościło się, krzyczało, wpadało w histerię, tupało nogami, gniewało się potężnie i barykadowało przed światem. Dominującym hasłem tego potwornego dziecka było: “Zostawcie mnie! Zostawcie mnie! Nienawidzę Was! Nie chcę mieć z Wami nic wspólnego! Nigdy nie zobaczycie, jaka naprawdę jestem! Nie pokażę Wam! Nigdy mnie nie zranicie!”

Koniec porządków, czyli początek przygody
“<Wystawiam głowę z pudełka> – powiedziała Jo około osiem lat temu. Nie spodziewała się wtedy, że wystawić głowę to dopiero pierwszy krok, by z tego pudełka wyjść. A jakże – trudny. Jak w piosence śpiewanej przez Annę Jantar <Najtrudniejszy pierwszy krok>. Najtrudniejszy pierwszy krok do zmiany. To jednak zdecydowany początek długiej i momentami balansującej na granicy życia i śmierci drogi. Drogi – do samej siebie. Nie ma przesady w tym balansowaniu. Jo dotarła do miejsc w sobie, w których musiała spotkać się z demonami przeszłości. Swojej i swojej rodziny. Przekonania, niesione przez wodę w jej ciele, paraliżowały ją przy każdej próbie zmiany. Rozumowo chciała, wręcz parła do przodu. Blokady jednak oddziaływały na uczucia i sabotaż następował raz za razem. Jakby w Jo mieszkały dwie osoby: ta piękna, mądra, wrażliwa i cudowna kobieta, potrafiąca się odnaleźć w każdej sytuacji i bezwartościowa, krnąbrna dziewucha, która zupełnie odmawiała współpracy i pójścia w świat. Pierwsza zdecydowanie chciała błyszczeć poza pudełkiem. Druga rozsiadała się z chipsami w pudełku, leniwie i żałośnie tyjąc i brzydnąc. Przyszedł jednak dzień, kiedy Jo została zmobilizowana, by poskładać w jedną całość dwie części siebie.
Przez sytuację – oczywiście z mężczyzną. Ta sytuacja wywołała w niej upokorzenie, wściekłość i zazdrość, Pierwsza Jo – kobieta z klasą została zachęcona… O nie! Brutalnie zmotywowana, aby pokazać się w pełnej krasie. Dostrzec nareszcie swoje zalety. Pokochać i uszanować tę siebie, którą do tej pory spychała do pudełka swojego wnętrza, piwnicy niebytu. Druga Jo – w swej krnąbrności nadal użalała się nad sobą. Rozpaczając i odgrażając się panu, którego nazwała Znajomym, poczuła się urażona za siebie i Pierwszą Jo jego tekstem: <Czas Unieść Dupę>. Obie Jo miały bowiem totalnego świra na punkcie swojej pracowitości i seksownego tyłeczka. Tak. Tu zgadzały się całkowicie. Tyłeczek to one miały na pewno nie zasiedziany. Pisanie im, że “Czas Unieść Dupę” działało na nie niestety zgodnie z zamiarem Znajomego – prowokująco. A Jo dawała się prowokować. Lubiła to. Lubiła wszelką prowokację, która mobilizowała ją, by coś w sobie zmienić. Więcej. Jo na co dzień dawała przysłowiowego kopa w tyłek swoim bliskim, znajomym i klientom. Czekała więc znudzona na kogoś, kto nareszcie przewyższy ją znajomością mechanizmów psychologicznych i jej samej. Dla niej przygoda dopiero się zaczęła.”

Nowy początek
To wielka radość nareszcie zacząć widzieć świat kolorowo. Światu Jo daleko było jednak do różu. Jo odkryła w sobie pokłady sarkazmu i szyderstwa. Od lat lubiła siebie, kiedy była w humorze, by błyskotliwe coś komentować i jak to nazywała czuć, że zasiada wówczas w loży szyderców. Prześmiewała zjawiska, unikała prześmiewania ludzi. Skupiała się na zachowaniach. Okazało się, że to kolejna z ochron Jo przed bliskością i wchodzeniem w angażujące relacje ze światem. Jo nadal panicznie bała się ludzi. Nienawidziła ich. Zobaczywszy reklamę warsztatów o empatii w firmie, przeprowadziła ze sobą następującą rozmowę:
Jo szefowa: “Jo, rozumiem Twoje rozczarowanie na Twój entuzjazm i spontaniczność”
Jo pracownik: “Luz, to jebutny standard” (Jo pracownik schamiała totalnie, nie chciała być już dla nikogo miła. Prezentowała postawę, do której tak usilnie dążyła główna Jo – Narratorka – mieć wyjebane na wszystko. I mimo iż Jo-Narratorka odkrywała powoli, że mieć wyjebane, to także etap wychodzenia z pudełka i nie ostatni. Dodatkowo skłaniała się, by zastąpić wyjebane, akceptacją i miłością, lecz na razie pozwalała wychodzić z jej wnętrza wszystkim postawom buntu, oporu, bycia na “nie”, odmowy współpracy lub “olewam Was i tak zachowacie się tak samo beznadziejnie”.)

“Spring waltz”
Tańczyła do “Spring waltz’a” Chopin’a, który to walc podobno nie był Chopin’a. Zbyt masywna na tancerkę. W dopasowanym podkoszulku podkreślającym każdą fałdkę skóry na plecach i boczki. W głowie brzmiał jej szyderczy, zasłyszany w dzieciństwie tekst: “Tancerka ze spalonego teatru”. Wcześniej ten tekst przez lata paraliżował jej ruchy. “Spring waltz” “plumkał” jednak w taki sposób, że poruszał ją aż na poziomie wody w komórkach. Tańczyła, czując się jak kukła. Jakby poruszało ją wspomnienie baletowego drygu ze szkoły baletowej, do której nigdy nie chodziła. Przyjmowała coraz poprawniejsze ruchy. Ciało naprężało się od dźwięków, jednocześnie dając coraz większą swobodę ruchów. Muzyka prowadziła ciało lub ciało wpasowywało się w muzykę. Czuła, ile cierpienia uleciało z niej przez ostatni rok. Rok zmagań z samą sobą, które stopniowo czyniły ulgę i zwiększały swobodę w ciele. “Ciało może więcej niż podpowiada umysł” – mawia znana fitness celebrytka. Jo pozwalała więc ciału prowadzić się i odczuwać. Odczuwanie siebie przerażało ją. Gotowa na ból, otwierała się na płynącą wobec siebie samej troskę i współczucie. Dopiero od niedawna wiedziała i doświadczała, że ludzka istota czuje więcej niż jedno uczucie na raz. Dominowało w niej zatem przerażenie wobec zgody, którą czuła, że nareszcie musi, potrzebuje i chce sobie dać. “Niech ciało mówi” – mogłaby zwerbalizować swoje przyjęcie tego, co ta zgoda ze sobą niosła. Wspierały to przerażenie uczucia zalęknionej ciekawości, smutku, nadziei, że jednak każda kolejna zgoda otwiera ją na lepszą siebie i lepsze relacje dla siebie, żal i złość na to, co było i odrobinę radości – “Płynę. Płynę ku życiu. We wzgardzonym kiedyś tańcu. Prowadzona wzgardzoną muzyką. Upojona wzgardzonymi uczuciami. Z odrobiną ukochanego buntu – przecież zawsze mogę się cofnąć. Mogę, lecz wiem, że nie chcę”.

Kiedy nienawidzisz siebie, strzelaj… do siebie
Podobno w życiu wszystko jest po coś, a nie odrobione lekcje wracają. Nareszcie! Nareszcie przydała się porada, którą dostała jako dziewiętnastolatka. Nigdy wcześniej jej nie rozumiała. Tej nocy jej po prostu użyła. Jakby ta porada czekała w niej na odpowiedni moment, by uwolnić całą, tak głęboko skrywaną, że aż zdawałoby się nieprawdziwą nienawiść do samej siebie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *