autoresponder system powered by FreshMail

17.06.2016 Wywiad ze mną dla babyonline.pl 

Jak wychować pewne siebie dziecko – radzi trenerka parentingowa

| 16.06.2016, aktualizacja: 17.06.2016 | 0

Dlaczego nie warto dawać dziecku zakazów i nakazów i jak budować dobre porozumienie rodzic-dziecko, tłumaczy Joanna Hudy – trener parentingowy, autorka bloga jakmowic.org.pl oraz książki “Rodzicu, można inaczej”.

chłopiec na scenie

fot. fotolia.com
Proszę wytłumaczyć, kim jest trener parentingowy? W czym może pomóc rodzicowi i dziecku? 
Joanna Hudy: To nowa nazwa. Nawet nie wiem, czy oficjalnie funkcjonuje. U mnie powstała z połączenia dwóch ulubionych aktywności: prowadzenia szkoleń i pisania bloga dla rodziców. Szkoliłam w korporacji, a w domu pisałam o wychowaniu. Pewnego dnia oderwałam się od pisania bloga i wzięłam synka na ręce akurat przy ścianie, na której wisiał certyfikat trenera. Synek postukał w dyplom i mnie olśniło. Dlaczego nie szkolę z tego, co właśnie stało się moją główną pasją? I tak zostałam trenerem parentingowym. W czym pomagam? Rodzicom pomagam przede wszystkim w zrozumieniu, na czym im w roli rodzica najbardziej zależy. Chociaż mam wrażenie, że na moje warsztaty przychodzą rodzice, którzy to przynajmniej przeczuwają. A na pewno wiedzą, czego dla swojego dziecka nie chcą. Szukają narzędzi porozumienia, które będzie oparte na szacunku, empatii i które pozwolą dziecku stawać się bardziej pewnym siebie, asertywnym, empatycznym. Kiedy rodzic wraca do domu i rozmawia z dzieckiem według tego, czego się u mnie nauczył, daje dziecku to, co jest najważniejsze dla każdego człowieka: ZAUWAŻENIE i ZROZUMIENIE. Zauważa dziecko, widząc jego uczucia i potrzeby oraz akceptuje to, że pojawiły się one u dziecka. Wbrew pozorom jest to ważniejsze niż późniejsze zaspokojenie czy niezaspokojenie dziecka potrzeb. Dziecko widziane i rozumiane czuje się kochane. To punkt wyjścia do współpracy.
Pani filozofia wychowywania jest oparta m.in. na modelu Porozumieniu bez Przemocy. Dlaczego zdecydowała się Pani na wybór właśnie tej metody komunikacji z dziećmi? 
JH: Ten wybór był dla mnie bardzo naturalny. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że to nie był wybór, lecz kolejny, oczywisty krok w moich osobistych poszukiwaniach takiego podejścia wychowawczego, które będzie wzmacniać poczucie własnej wartości dziecka, a nie je osłabiać. Od 20 lat, jeszcze w relacji dziecko – rodzic, interesowałam się wszystkim, co mogłoby poprawić tę relację. Obserwowałam, że przy wielkim oddaniu rodziców, ich osobistym poświęceniu dla dzieci, coś nie działa. Tym czymś były właśnie komunikaty. Czyn był moralnie dobry, lecz słowo niszczyło wszystko. A słowo powinno wspierać, nieść akceptację i zrozumienie, niezależnie od tego – jak wspomniałam wcześniej – czy są czy nie ma szans na zaspokojenie potrzeb. Słowem można budować, lecz można także niszczyć.
Dlaczego uważa Pani, że dziecku nie powinno się dawać nakazów? 
JH: Bo nakazy i zakazy nie działają. Dokładniej – nakaz działa, kiedy poparty jest władzą rodzicielską, za którą stoi zastraszenie, może nawet szantaż emocjonalny. Działa krótko. Rodzic znika, znika strach i nie istnieje żaden inny powód, aby robić to, co zostało nakazane. W najgorszym przypadku, gdy strach rozciąga się nawet na nieobecność rodzica i dziecko robi to, co nakazane, będzie to robiło do pewnego momentu. Strach minie i zostanie w dziecku pustka, bezsens i  poczucie, że było tylko siłą wykonawczą czyjejś woli, narzędziem. To całkowicie odbiera poczucie własnej wartości. Lepiej informować po co coś trzeba robić, jaki jest tego sens, pokazywać dalsze konsekwencje zrobienia i nie zrobienia czegoś. Pozwolić, aby dziecko samo doszło do tego, że warto coś robić. Jeśli wybierze robienie czegoś i będzie o tym przekonane, poczuje, że samo decyduje o sobie, a to wzmocni jego poczucie własnej wartości.

Czy ma Pani receptę dla rodziców, jak odnaleźć się w dziesiątkach podejść do wychowania dzieci? Tj. jak rodzice mają wybierać, czy być matką-tygrysicą, czy praktykować rodzicielstwo bliskości albo coś jeszcze innego? 

JH: Uważam, że każdy z nas – rodziców wie, czego dla swojego dziecka przede wszystkim nie chce, a w dalszej kolejności – chce. Każdy rodzic ma rodzicielską intuicję i ufając jej, na pewno wybierze dobrze. Nie jest ważne, jakie podejście praktykuję, lecz to, czy ono służy mojemu dziecku – to jeden wyznacznik. Drugi – to zastanowienie się, czego w mojej relacji do dziecka brakuje. Wyrośliśmy w pewnych przekonaniach na temat tego, jak powinny zachowywać się dzieci i jak powinien wyglądać dom. Jeśli świetnie dbam o dom i dietę, organizuję zabawę, może brakuje wsparcia, może czułości, bliskości. Jeśli jestem stanowcza, może również powinnam skupić się mocniej na bliskości z dzieckiem. Jeśli natomiast świetnie wspieram, jestem blisko, powinnam popracować nad wyznaczaniem granic, rodzajem dyscypliny, itd.

A może rodzice jednak są w stanie sami wychować swoje dziecko, bez sięgania po cudze autorytety? 

JH: Jestem przekonana, że tak. Robili tak od zarania dziejów. Bez czytania literatury fachowej wychowywali wspaniałe osobowości. Nadmiar wiedzy też może szkodzić. Powtórzę, że według mnie najważniejsze jest, aby zaufać sobie. Przypomina mi się tutaj obraz młodej mamy, która niedawno urodziła i zastęp kobiet jej najbliższego otoczenia (mamy, ciocie, koleżanki) doradzają, co i jak powinna robić dla dziecka. Każda radzi inaczej, a młoda mama z dnia nadzień staje się coraz bardziej skołowana i przytłoczona radami i cudzymi oczekiwaniami. Jedno, co jej pozostaje to każdą radę rozpatrzyć: pasuje mi – przyswajam dla siebie, nie pasuje mi – odrzucam.
Czy takie koncentrowanie się rodziców na dziecku, z jakim mamy dziś do czynienia, jest dla niego na pewno dobre? 

JH: Nikt chyba nie lubi być stale pod lupą. Dzieci tym bardziej nie. One potrzebują naszego zauważenia dokładnie wtedy, kiedy po nie przychodzą. W pozostałym czasie potrzebują przestrzeni, aby pobyć same ze sobą, ze swoimi uczuciami. Odnoszę wrażenie, że współczesny rodzic za wszelką cenę próbuje zapełniać czas swoim dzieciom. Dziecko po dniu pełnym zajęć nie ma czasu i często siły, aby przetrawić to, co się wydarzyło. A tego mu po prostu potrzeba. Czasem nawet aż do lekkiego znudzenia, aby dzieci nauczyły się same zagospodarowywać swój czas, wybierać te aktywności, na które mają ochotę, wymyślać sobie zadania odpowiadające temu, co je akurat interesuje. To przestrzeń do rozwijania samodzielności, kreatywności, zaradności, a nawet samoświadomości.
Napisała Pani książkę “Rodzicu, można inaczej. 80 porad wychowawczych w pigułce”. Gdyby miała Pani przekazać rodzicom jedną myśl, którą powinni z niej zapamiętać, co by to było?JH: Rozpoznawaj, nazywaj i akceptuj uczucia dziecka. Będzie dzięki temu czuło się zauważone i rozumiane, przez co będzie chętniej traktować Cię jako życiowego przewodnika, a Ty jako rodzic będziesz wiedzieć w każdej sytuacji, co zrobić, zamiast nakazywać, zakazywać czy karać.

———————————————————————————————————————————-
Publikowałam dla serwisu dziecisawazne.pl
:

“Porównywanie niszczy relacje”

“Dziecko nie jest naszą własnością” cdn.
———————————————————————————————————————————-

WYWIAD DLA niedoskonalamama.pl.
ROZMAWIAM Z mARTĄ SZYSZKO

Dziecko ma swoje potrzeby i kiedy je zaspokoimy zostaje czas dla mamy

Zaprosiłam do wywiadu Joannę, która pasjonuje się psychologią i relacją rodzica z dzieckiem. Bez wypracowania wysokiego poczucia własnej wartości nie możemy być ani dobrymi mamami, ani żonami, ani przede wszystkim dobrymi kompanami dla siebie samych… Posłuchajcie dlaczego. Piszesz, że najlepszy czas, jaki dotąd przeżyłaś to oba urlopy macierzyńskie, bo miałaś wreszcie czas na rozwój. W jaki sposób rozwijałaś się w tym czasie?
Urlopy macierzyńskie są z definicji czasem dla matki i dziecka. Dziecko ma swoje potrzeby i kiedy je zaspokoimy zostaje też trochę czasu dla mamy. Dlatego postanowiłam już w pierwszej ciąży, że ten czas wykorzystam najlepiej jak będę mogła również dla siebie, na zrobienie rzeczy odkładanych, gdy się chodzi regularnie do pracy. Pierwszy macierzyński to było przede wszystkim szukanie tego, co chciałabym w życiu robić. Dotyczyło to głównie zgromadzonej przez całe życie wiedzy psychologicznej i pokrewnej. Miałam poczucie, że nie wykorzystuję za wiele swojej wiedzy i doświadczenia w pracy zawodowej. Zaowocowało to artykułem na międzynarodową konferencję naukową o tematyce pedagogicznej. Artykuł dotyczył szukania tożsamości w sieci w oparciu o hierarchię potrzeb Maslowa. Pracowałam też nad pewnością siebie, którą nadwątlił korporacyjny wyścig i językiem obcym. Nadrabiałam zaległości książkowe. Kiedy tamten macierzyński był szukaniem, co jeszcze mogę w sobie zmienić, aby moje umiejętności i doświadczenia zostały zauważone, to obecny jest czasem na rozwijanie i dzielenie się wiedzą i obserwacjami, które już mam. Stąd też wziął się blog „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały”. I tu muszę zaznaczyć, że dzieci w tym wszystkim są dla mnie inspiracją – każda zabawa, radosne i oczywiście trudne sytuacje, motywują mnie do zmiany swojego podejścia. Jak można wyczytać z moich tekstów, uważam, że to rodzic powinien najbardziej pracować nad sobą, aby relacja rodzic-dziecko była relacją wygrany – wygrany.
Czym zajmujesz się zawodowo, jak udaje Ci się łączyć pracę i macierzyństwo?
Pracuję w korporacji. Po pierwszym macierzyńskim pracowałam w mniejszym wymiarze godzin. Tak organizowaliśmy z mężem weekendy i czas po pracy, żeby jak najwięcej czasu spędzać we trójkę. Mimo to, bardzo tęskniłam za synkiem. Mocno ubolewam nad tym, że styl życia, długie godziny pracy, zobowiązania kredytowe zmuszają do tego, by najmłodsze dzieci spędzały często więcej niż osiem godzin dziennie z dala od matki. Gdzieś przeczytałam, że dzieci tylko raz będą małe, więc maksymalne staram się wykorzystać ten czas z dziećmi. Jednak w praktyce szukam równowagi. Zadowolona mama ma więcej cierpliwości i jest bardziej wyrozumiała. Czasem lepiej w jeden dzień zostawić dzieci na 2-3 godziny z tatą i zrobić coś dla siebie, żeby naładować baterie niż siedzieć w domu w kiepskim nastroju, negatywnie oddziałującym na wszystkich. Pomaga w tym obserwacja siebie. Jeśli czuję, że mam dość bycia 24/24 z dziećmi i przy obowiązkach domowych i zwiększa się moja irytacja, oznajmiam w domu, że dla dobra wszystkich lepiej, żebym poszła na fitness. Wszyscy pytają, skąd mam czas na pisanie bloga. Jestem elastyczna, więc siadam do pisania głównie wtedy, kiedy dzieci śpią. To kwestia samodyscypliny i może trochę pasji.
Wyjaśnisz dlaczego tak ważne jest poczucie własnej wartości rodzica w procesie wychowania?
Kiedy dziecko patrzy na pewnego siebie rodzica, rodzica – który szanuje siebie, dba o siebie, walczy o siebie, jest asertywny, otwarty do ludzi, wybacza sobie potknięcia, potwierdza siebie w działaniu, potrafi pomóc drugiemu bez poświęcania siebie, umie radzić sobie z negatywnymi uczuciami bez krzywdzenia siebie i innych – to dziecko nasiąka od najmłodszych lat taką postawą. Kiedy ktoś szanuje siebie, swoje uczucia, potrafi rozpoznać i zadbać o swoje potrzeby – prędzej uszanuje też innych, w tym dzieci, rozpozna i zadba o ich potrzeby. Nie chodzi mi tu o potrzeby materialne, bo to nie wystarczy. Wspaniałe rzeczy nie zastąpią i nie zaspokoją potrzeb emocjonalnych. Rodzic z niskim poczuciem własnej wartości nie dość, że przekazuje dzieciom swoją postawę, to jeszcze czyni je świadkami i często ofiarami swojego niskiego mniemania o sobie. Wszystkie frustracje i inne negatywne emocje są z reguły przez takie osoby rozładowywane w sposób, który krzywdzi najbliższych, w tym dzieci. Niepewny siebie rodzic raczej nie będzie potrafił dostrzec w dziecku przyjaciela, partnera, a w dorastających, rozwijających się dzieciach może widzieć rywali. Dodatkowo niskie mniemanie o sobie równa się brakowi miłości własnej, a to też niestety skutkuje nieumiejętnością kochania najbliższych. Miłość zależy tu od nastroju rodzica, który to nastrój ulega zmianie w zależności od tego, czy rodzic jest akurat zadowolony z siebie czy nie. A to zadowolenie wypływa, nie z jego wnętrza, lecz jest zależne od czynników zewnętrznych np. powodzenia bądź niepowodzenia w pracy, krytyki czy pochwał innych. Nie ma tu stałości, lecz jest emocjonalna huśtawka. Dorastanie w takich warunkach jest trudne. Dziecko zamiast płynnie się rozwijać, skupia się na budowaniu mechanizmów obronnych. Jak widać, jest bardzo wiele mocnych argumentów za tym, by – niezależnie, w jakim wieku jest rodzic, na jakim etapie życia, starał się wzmacniać swoją pewność siebie. Jeśli nie dla siebie, to dla dziecka.
Jak każda z nas może pracować nad zwiększeniem własnego poczucia własnej wartości? Według moich własnych obserwacji poczucie własnej wartości dotyka całej osoby, wszystkich wewnętrznych obszarów. Nie działa tu więc metoda: wypisz swoje zalety, powtarzaj je sobie, a po wypisaniu wad pracuj nad nimi. Przekonałam się, że osoba może być bliska doskonałości, a i tak mieć bardzo niskie mniemanie o sobie. Tutaj trzeba pracować nad poszczególnymi obszarami po kolei. Wyliczyłam na razie kilka m.in., reakcja na zmęczenie, sposób podejmowania działania, odczuwanie zazdrości, porównywanie się, wytyczenie własnych granic. Będzie pewnie jeszcze kilka. Musi tu być zrewidowany i ustawiony na nowo sposób traktowania siebie w określonych sytuacjach i oczywiście w relacjach z innymi, głównie w obrębie tych zagadnień, które podałam. I ważne są jeszcze pewne podstawowe założenia. To, że koleżanka jest wygrana, nie oznacza, że ja jestem przegrana. W praktyce: to, że koleżanka wygląda ładnie, nie oznacza, że ja brzydko. Różnimy się, jednak obie możemy uważać się za ładne, mądre i żyć obok siebie bez zawiści i innych negatywnych uczuć. Myślę, że u nas w kraju pokutuje właśnie mocno przekonanie, że więcej niż jedna osoba nie może być wygrana. A założenie z góry, że każdy może być wygrany i rozwijać się po swojemu, wiele by zmieniło na lepsze w naszej przestrzeni publicznej.
Jakie komunikaty, zachowania w stosunku do dziecka mogą nadszarpnąć jego poczucie własnej wartości?
Przede wszystkim obwinianie i ty-kanie np. ty rozlałeś, ty go zbiłeś . Ten sposób mówienia do dziecka jest w stanie sprawić, że dziecko będzie się po pewnym czasie czuło winne wszystkiemu złu świata. I nie ma tu przesady, bo dzieci mają większą wrażliwość i rodzice są dla nich wyrocznią we wszystkim. Wyśmiewanie, porównywanie z rodzeństwem i innymi dziećmi, niedocenianie wysiłku, brak pochwał – zamiast nich tekst „tylko tyle” – wszystkie komunikaty dające do zrozumienia, że dziecko nie jest wystarczająco dobre. Bagatelizowanie spraw i problemów dziecka, umniejszanie jego roli, nieliczenie się z jego zdaniem, krytyka, niesprawiedliwe traktowanie, przypisywanie ról, szczególnie umniejszających pozycję dziecka w rodzinie, obrzucanie epitetami itd. Niestety długo można wyliczać. A wystarczy trochę pracy nad sposobem wyrażania się i nasze komunikaty do dziecka dadzą lepszy efekt i co najważniejsze poprawią, pogłębią tę relację.
A jak możemy dowartościować nasze dzieci?
Kochać dziecko tylko dlatego, że jest naszym dzieckiem. To, że jest nasze, czyni je wyjątkowym. Chwalić, ale umiejętnie, czyli wyliczać, opisać rzeczy, które dziecko zrobiło po to, aby dziecko samo na podstawie naszych słów doszło do wniosku typu: „Jestem w tym dobry”, „Świetnie rysuję”, „Mam talent”. Zawsze liczyć się z uczuciami dziecka. Szanować je i akceptować. Mam taką własną metodę w tym temacie. Kiedy mój starszy syn zaczął mówić, dotarło do mnie, że pojawił się trzeci głos w naszym domu. Znaczyło to, że jest jeszcze jedna osoba, która wie, czego chce, ma prawo, o tym mówić, może chcieć czegoś innego niż ja i mąż, lubić to samo bądź nie. Od początku tak traktujemy synka, co wiąże się z tym, że pytamy go o jego zdanie w jakimś temacie. Może się wydawać, że wymagamy od niego za dużo, jak na małego chłopca, ale w praktyce wychodzi tak, że po prostu więcej tłumaczymy, kiedy trzeba lub pokazujemy słuszność innej decyzji. Pozwolić dziecku wyrazić siebie na takie sposoby, jakie mu najbardziej pasują. Pozwolić spróbować wielu zadań, sprawdzić, jakie ma talenty i które chce rozwijać. I najważniejsze: akceptacja dziecka takim, jakie jest. Dziecko nie jest wykonawcą naszych niespełnionych bądź wyimaginowanych oczekiwań. Jest odrębnym, całkiem innym człowiekiem. Nie dawajmy mu też rad, bo te i tak najczęściej są zbędne. Nawet jeśli przy nas zrobi coś według naszej rady, następnym razem zrobi po swojemu. Tak działa przymus. Dzieci czują się też głupie, kiedy ktoś im doradza, denerwują się. Potraktujmy dziecko od małego jak gościa, który z nami zamieszkał, próbujmy go jak najlepiej poznać, dowiedzieć się, jaki jest. Patrzmy z przyjazną ciekawością, naprowadzajmy zaś przez stanowcze, ale szanujące jego godność i uczucia, wytyczanie jasnych granic. Dbajmy o tę relację po prostu, jak o przyjaźń na całe życie, bo tym suma summarum ma być.
Powinnaś wydać książkę! Ja się wzruszyłam i sporo dowiedziałam, choć czytam literaturę pedagogiczną, psychologiczną, ale tak przystępnych informacji raczej mało na rynku… Bardzo dziękuję za tyle mądrych porad. rozmawiała: Marta Szyszko

Wywiad znajdziecie też pod linkiem: http://niedoskonalamama.pl/dziecko-ma-swoje-potrzeby-i-kiedy-je-zaspokoimy-zostaje-tez-czas-dla-mamy/

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

NEWSLETTER OD "JakMówić" Bądź na bieżąco.

autoresponder system powered by FreshMail