speakers-414561_1280Kilka lat temu koleżanka w biurze podawała się za wielką znawczynię horrorów. Przysłuchiwałam się lekko jej wypowiedziom i siedziałam cicho, bo publiczne ogłaszanie się znawcą jakiejś dziedziny odbierało mi chęć przyznania się nawet, że jestem w temacie. Okazało się, że koleżance przysłuchiwałam się nie tylko ja. Kolega z zespołu, który znał moje zainteresowania, wypalił w pewnej chwili do koleżanki: “To możesz podyskutować z Aśką. Ona jest fanką horrorów i filmu w ogóle”. Poczułam się wywołana do odpowiedzi, tym bardziej że koleżanka, od razu podłapała i zaczęła wypytywać. Pąs oblał mi twarz – open space to już jakaś publiczność – i z nieśmiałością wymieniłam kilka tytułów z klasyki. Okazało się, że koleżanka nie zna. Rzuciłam jeszcze z pięć tytułów z klasyki horroru i kilka moich ulubionych, choć mniej znanych. Wszystkie tytuły z klasy A. Nic. Znawczyni horroru nie znała żadnego z nich. Rzuciłam coś jeszcze z klasy C i D. I naszła mnie refleksja, która mi towarzyszy i przypomina szczególnie w sytuacjach, kiedy mowa o specjalistach z różnych dziedzin. To, że ogłosisz się znawcą i specjalistą w jakiejś dziedzinie, jeszcze Cię nim nie czyni. Wszystko weryfikuje praktyka i informacja zwrotna od klienta. Nadmuchana reklama nie gwarantuje jakości. Zaczynam tą historyjką, bo wróciła do mnie w trakcie oglądania audycji “Świat się kręci: Coaching-szarlataneria-czy-sposob-na-zmiane-zycia” z prof. Nęckim i Mateuszem Grzesiakiem. I od razu zacznę polemikę z wypowiedziami uczestników. Często zastanawiam się nad tym, czy rozmowa z użyciem narzędzi komunikacyjnych takich jak np. nazywanie i akceptacja czyichś uczuć, komunikat “ja”, asertywne sposoby odmowy i perswazji,które z założenia zakładają troskę o uczucia, szacunek rozmówcy są jeszcze szczerym przedstawieniem swoich racji, a nie manipulacją, “sztuczką”, która z reguły pozbawiona jest zainteresowania drugim człowiekiem, a nastawiona jest na osiągniecie zamierzonego celu “kosztem” danej osoby. Uważam, że używając wszystkich tych narzędzi trzeba być niezwykle czujnym i bacznie obserwować samą/ego siebie, aby nie przekroczyć tej cienkiej granicy i nie wpaść w pułapkę praktykowania sztuki dla sztuki, która nie widzi prawdziwego człowieka z jego uczuciami, pragnieniami, potrzebami, lecz ma za cel osobisty sukces coacha mierzony liczbą “skutecznie” przeprowadzonych rozmów. Bo wątpliwość, która od razu się nasuwa brzmi: czy skuteczny coach to taki, który osiągnął spektakularny sukces jedną sztuczką na chwilę czy taki, który pobudził klienta do rozwoju, często pozostając w cieniu i pomógł klientowi zmierzyć się, przejść przez jego lęki, ból, konflikty. A to ostatnie nie dzieje się w telewizji, nie dzieje się na jednej sesji, nie jest czymś, czym można się pochwalić i opowiedzieć przy poklasku tłumu. Nie zgadzam się też z panem Grzesiakiem, że coaching jest szkoleniem. Szkolenie z definicji zakłada, że ktoś ma większą wiedzę a ktoś mniejszą, ktoś jest tu wyżej a ktoś niżej, ktoś jest nauczycielem a ktoś uczniem. Coach powinien towarzyszyć, pobudzać klienta do wykorzystania wewnętrznych własnych zasobów, które już posiada. Najbliższym temu jest – że sięgnę do klasyki – metoda majeutyczna Sokratesa. Coach zadaje pytania i to, co odróżnia go od klienta to fakt, że wie, jakie i kiedy pytania zadać. On go nie szkoli. Po wiedzę szkoleniową idzie się gdzie indziej. Zgadzam się natomiast, że to nie jest terapia i myślę, że coach nawet NIE POWINIEN zagłębiać się z klientem w analizowanie jego – najogólniej mówiąc – psychiki. Odnośnie oglądanego show i ilości jego uczestników, to uważam, że jest to dowód na to, jak wielu ludzi teraz potrzebuje przewodnika, potrzebuje zewnętrznej motywacji, aby zmienić coś w swoim życiu i oby zmienić, bo często jest to tylko chwilowa poprawa samopoczucia, która daje tzw. powera do kilku działań, lecz szybko gaśnie. Naszła mnie po tej audycji refleksja, że moja motywacja  nie może być Twoją motywacją. Moja osobista historia jest inna niż Twoja i to, co mnie motywuje może Ciebie dołować i odwrotnie. Źródło motywacji każdego człowieka tkwi w jego wnętrzu. Coach to ten, który ma pomóc mu ją odkryć, a nie dać gotową receptę, czyli kilka sposobów, które – że tak je określę – są w rozmiarze uniwersalnym, czyli pasują bądź nie. Mierzi mnie wypowiedź o potrzebie bycia aktorem. Bycie aktorem z założenia zakłada odgrywanie roli, stąd można się zastanawiać, gdzie kończy się prawdziwy pan Mateusz, a gdzie zaczyna aktor, który ma dać show i zarobić pieniądze. W związku z takimi spotkaniami włącza mi się też czujność wypływająca ze skojarzenia z demagogią. Przemówienia znanych z historii demagogów też zakładały zaspokojenie pewnych określonych psychicznych potrzeb tłumu. A stąd już łatwa droga do manipulacji tłumem. Nie byłam na takim show, lecz ufam, że kończą się tylko na daniu ludziom poczucia, że są ważni, że się liczą, że mogą i potrafią zmienić siebie i swoje życie. Na szczęście pan Mateusz rozgranicza to jako przemowę motywacyjną, co do której tyczy się tych kilka powyższych zdań odnośnie zaspokajania potrzeb tłumu od “szkolenia” coachingowego. Co do wypowiedzi profesora Nęckiego, to jakoś na wstępie uruchamia we mnie mechanizmy obronne i myślę, że tyczy się “złego” wykorzystania metod coachingowych. W sposób, który opisałam na początku. Cel zespołu, cel firmy jest kwestią nadrzędną i człowiek jest tylko narzędziem do jego osiągnięcia. W dobie dominacji korporacji na rynkach, ciężko ustrzec się od takiego wypaczenia. Rodzi się jednak pytanie: jak to zmienić i czy w ogóle da się to zmienić, kiedy stoi za tym utrzymanie wielomilionowych interesów. Nie można jednak wrzucać wszystkich do jednego worka. Szukam tu może usprawiedliwienia dla wypowiedzi profesora, który myślę przez te 10 minut miał grać rolę krytyka tego “nurtu: coachingu. Nie podoba mi się sugerowanie, by być bratem, choć w sensie pomocy w stawaniu się tym, kim chce i ma się predyspozycje, by być – ujdzie. Coach powinien pomagać odkrywać siebie i użyję mojego ulubionego wyrażenia po raz kolejny – swoje wewnętrzne zasoby. Pomagać odkrywać kim, naprawdę chcę być i w jakiej roli i z jakimi zadaniami będę naprawdę szczęśliwym człowiekiem. To się równa temu, że lider korporacyjny zostanie np. pasjonatem ogrodnictwa. I to nie dzieje się na kliku spotkaniach, a jeśli już – to skutkuje zmianą dokonującą się miesiącami bądź nawet rok lub dwa. Obudzenie w sobie olbrzyma powinno być tu zastąpione hasłami: poznaj samego siebie, zaakceptuj siebie w całości i podążaj za tym, kim jesteś i chcesz być, by z każdym działaniem potwierdzającym to, kim jesteś, rosła Twoja pewność siebie i poczucie własnej wartości. Te ostatnie są oczywistą konsekwencją bycia sobą i życia z zgodzie ze swoim wnętrzem (Branden). Co do ilości coachów, to odsyłam do zaczynającej ten tekst mojej osobistej historyjki o znawczyni horrorów. A w odniesieniu do bycia coachem, to uważam, że poznanie kilkunastu, kilkudziesięciu narzędzi nikogo coachem i fachowcem w tej dziedzinie nie czyni. Nie zgadzam się z profesorem, że każdy coach powinien być psychologiem, choć uważam, że każdy powinien mieć szeroką wiedzę o naturze ludzkiej, w co oczywiście wpisuje się znajomość psychologii. Dawno temu to filozofowie byli nazywani lekarzami duszy, a psychologia to jedna z “córek” gloryfikowanej przeze mnie zawsze i wszędzie filozofii jako umiłowania mądrości. Tutaj jednak dodać trzeba od razu znajomość etyki zawodowej, umiejętność rozgraniczania w sobie, gdzie jako coach wkraczam w kompetencje psychologa, psychoterapeuty, psychiatry lub konsultanta innej dziedziny wiedzy, a nawet księdza. Pani współprowadząca program powiedziała bardzo cenne zdanie: “Chodzisz do psychologa znaczy coś z Tobą jest nie tak. Chodzisz do coacha, no to Ty jesteś człowiek sukcesu”. To zdanie jest prawdziwe, gdyż niestety osoby chodzące do psychologa idą tam z zamysłem, że muszą siebie poprawiać. Chodzenie do coacha sarkastycznie podniesione do bycia człowiekiem sukcesu, rzeczywiście umieszcza klienta w takiej roli. Coaching stawia, a przynajmniej powinien stawiać dwie strony tej relacji na równi. Klient szuka rozwiązań, do których ma w sobie wszystko, czego potrzebuje, a coach go w tym wspiera. Tym, jednak co czyni tego klienta człowiekiem sukcesu nie jest to, że chodzi do coacha, ale że rozwija się i szuka i wykorzystuje wszelkie dostępne człowiekowi narzędzia, aby w osobistym pojęciu stać się wygranym. Podsumowanie dla mnie nasuwa się jedno: klient słysząc reklamę coachingu i decydując się – nie jak w audycji na szkolenie, lecz na sesję – oczekuje wysokiej jakości. Jeśli ją dostanie – wróci, poleci dalej. Jeśli nie – liczę, że rynek sam – może bardzo powoli – wyprze szarlatanów. Mam nadzieję tylko, że bez szkody dla tego zawodu.

2 thoughts on “Coaching czy szarlataneria”

  1. Bardzo ładnie ujęte. Zgadzam się w pełni. Choć powiem szczerze, “Coaching-szarlataneria-czy-sposob-na-zmiane-zycia” – ten tytuł mnie przeraża. Wszystko jest albo święte albo jest szarlatanerią w ustach niektórych.

  2. Ja jestem dość sceptycznie nastawiona do “wielkich coachów”, których mowy motywacyjne przypominają teatralne występy – ekspresja, dykcja itd. Trudno takie spotkanie porównać z indywidualną sesją. Do mnie osobiście to nie trafia, ale skoro przyciąga tłumy.. Na pewno z każdego szkolenia motywacyjnego można zabrać coś dla siebie, bo chociaż każdy teoretycznie wszystko wie, to nie wiem na co warto zwracać uwagę. Byłam na jednym takim szkoleniu. Koleżanka dała mi darmową wejściówkę. Nie byłam pod szczególnym wrażeniem, ale to, co usłyszałam od jednego z prelegentów (pozdrawiam Łukasz Krasoń) wykorzystuję w mojej pracy (pracuję m.in. jako terapeuta dorosłych z zaburzeniami ze spektrum autyzmu). Warto chodzić, warto próbować różnych rzeczy. Nigdy nie wiadomo, co akurat będzie dla nas pomocne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *